kup bilety online

Komunikat prasowy

Na kłopoty Janda

EWA UNIEJEWSKA, www.teatralny.pl

Schemat to nienowy i raczej powszechnie znany: mąż, żona, jej kochanek i jego kochanka. To już by w gruncie rzeczy wystarczyło.

Ale Marc Camoletti, francuski autor znany u nas przede wszystkim z komediowego hitu Boeing Boeing, postanowił kontynuować zabawę i dopisać do tej miłosnej układanki jeszcze jedną osobę, a mianowicie pomoc domową – może nie najlepszą w sprzątaniu, ale w zacieraniu śladów po erotycznych uciechach swoich pracodawców doprawdy niemającą sobie równych. Napisał tę rolę dla młodej aktorki, ma się rozumieć – młodszej od żony, by rywalizacja między obiema paniami dodawała farsie pikanterii. W Och-Teatrze rolę tę, wbrew warunkom metrykalnym, gra Krystyna Janda – i rozśmiesza widzów do łez.

Poznajemy ją w momencie, gdy Ola (Katarzyna Gniewkowska) i Norbert (Krzysztof Dracz), małżonkowie z wysługą lat (sobą nawzajem raczej znudzeni, ale żywo zainteresowani tym, co świat wciąż może im ofiarować), postanawiają wyjechać na weekend. Ale przecież nie razem, tylko każde w inną stronę – jedno służbowo, drugie do rodziców. Taka jest przynajmniej wersja oficjalna. Nieoficjalnie zaś żadne z nich wyjeżdżać nie zamierza – pragnie zaś pod nieobecność współmałżonka zaprosić do domu kochankę/kochanka i choć na jedną noc zapomnieć o małżeńskiej rutynie. Pech chciał, że obie pary zjawiają się w mieszkaniu niemal w tym samym momencie i już Beaty w tym głowa, by jednak nie doszło do katastrofy, a straty w ludziach były jak najmniejsze. Jakich środków użyje przemyślna pomoc domowa, by tego dokonać? I czy coś takiego w ogóle ma szansę się udać? O tym Państwu oczywiście nie opowiem, by nie psuć całej zabawy.

Farsa nie jest co prawda najbardziej poważaną ze sztuk, ale dla aktora to paradoksalnie najlepszy sprawdzian warsztatowych umiejętności. Z jednej strony, jej fabułą faktycznie rządzi melodramatyczny schemat, w którym nie ma miejsca na logikę czy pogłębioną psychologię postaci; z drugiej zaś, granie farsy wymaga od aktorów niezwykłej przytomności, precyzji, wyczucia rytmu i przestrzeni. Potrzebna jest naturalność i lekkość, a nieraz i duża sprawność fizyczna, by aktor nie złapał zadyszki w tej całej gonitwie od jednych do drugich drzwi; i aktorstwo najwyższej próby, które potrafi za pomocą skrótu i wyraźnego gestu oddać cały komizm i humor sytuacji, przemieniając tę umowność i schematyczność treści w rzecz całkiem strawną, a czasem wręcz smakowitą. Wykonawcy Pomocy domowejwywiązali się z tego zadania z nawiązką. Krzysztof Dracz w roli łasego na młode, wydatne biusty Norberta oraz Mirosław Kropielnicki jako nieco fajtłapowaty kochanek pieszczotliwie zwany Marcellem bez pudła utrafiają we właściwy ton. Nie zmienia to jednak faktu, że spektakl wyreżyserowany przez Jandę w całości należy do kobiet. Każda z nich jest właściwie odkryciem i pewnego rodzaju zaskoczeniem. 

Katarzyna Gniewkowska – chociaż widownia raczej nie przywykła do oglądania jej w farsach – porusza się po tym gatunku bez najmniejszego fałszu. W jej wykonaniu zdradzana i zdradzająca Ola niemal kipi od nadmiaru pożądania, jest rozkoszna, choć bywa i grubiańska, jednak w swym erotycznym rozwibrowaniu nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. Może tylko trochę przesadził pan kostiumolog, wciskając ją w wulgarne lamparcie cętki – zwłaszcza że na deskach tej sceny zdarzało mu się tworzyć kreacje zdradzające talent w myśleniu o postaci. Podobnie niestety potraktował oślepiająco różowy kostium kochanki Norberta, Mai (zwanej Pszczółką). Ale Barbara Wypych nawet i taki kostium potrafi ożywić, budząc skojarzenia niemal z wyfiokowaną Stanisławą Celińską z Nie ma róży bez ognia. Młodziutka aktorka gra tę naiwną, często infantylną, bez wątpienia głupiutką dziewczynę rewelacyjnie, z olbrzymim wyczuciem sceny, energią młodości i talentem, aż chciałoby się tę biedną Maję przytulić i znaleźć jej faceta, który w końcu potraktowałby ją poważnie, oczywiście miał pieniądze i przede wszystkim nie był żonaty. Pierwsze skrzypce gra jednak w tym spektaklu Krystyna Janda – zupełnie na luzie, z dystansem, niemal od niechcenia, ale potrafi przywalić z grubej rury, być zabawnie bezczelna i nade wszystko szalenie sympatyczna. Zaradność Beaty dzieje się jakby mimochodem, bez wysiłku, rodzi się z zaskakującej mieszanki rumu, niesubordynacji, pragmatyczności (zwłaszcza przeliczanej na gotówkę) i gołębiego serca. I chyba rzeczywistej sympatii do trochę pogubionych, ale w uroczy sposób poczciwych pracodawców.

Farsa to jednak nie tylko humor sytuacyjny, ale i humor słowny, którego wysoki poziom sztuka Camolettiego zawdzięcza w olbrzymiej mierze świetnemu tłumaczeniu. Bartosz Wierzbięta, autor między innymi polskiej wersji listy dialogowej Shreka, a także przekładu granej w Teatrze Polonia sztuki Klaps! 50 twarzy Greya, postanowił rzecz tę nieco uwspółcześnić oraz dostosować (ale nienachalnie!) do polskich realiów (w moim prywatnym rankingu zdecydowanie wygrywa bon mot z kuszetką). 

W jednym z wywiadów Janda przyznała, że w całym tym przedsięwzięciu chodziło wyłącznie o podarowanie widzom chwili wytchnienia i powodu do szczerego uśmiechu, tak pożądanego podczas jesiennych, ponurych dni. Założenie to zostało zrealizowane, a co więcej powstał spektakl nadzwyczaj kunsztownie wypełniający gatunkowe ramy. Ekstraklasa.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni