kup bilety online

Komunikat prasowy

Taniec, który leczy

"Lekcje stepowania" chwilami przypominają społeczne komedie brytyjskie i wtedy są najlepsze. Bywa też jednak, że bez reżyserskiej kontroli osuwają się w niewyszukaną farsę, brakuje im też wyrazistych ról.

 

 

 

W swojej sztuce Richard Harris sportretował bliski nam, chociaż geograficznie odległy świat. Jakieś przedmieścia na północy Londynu. Ludzie stąd do centrum, na oświetlone w dzień i w nocy ulice, się nie zapuszczają. Sześć kobiet i jeden mężczyzna spotykają się co tydzień na godzinnej lekcji stepowania. Instruktorką jest dziewczyna, która marzyła kiedyś o karierze scenicznej, ale z planów niewiele wyszło, więc odnalazła się w nauczaniu. Akompaniatorką - zgryźliwa, starsza i samotna matrona. Częstuje wszystkich kąśliwymi uwagami, ale jedynie tu ma szansę na kontakt z ludźmi. Dla niektórych uczestniczek godzina w tygodniu na kursie to jedyna możliwość wyrwania się z domowego kieratu. Każda ma połamane życie, każda skrywa jakąś przykrą tajemnicę, żadnej nie zauważylibyśmy na ulicy.

Na tym zasadza się pomysł Harrisa na cały dramat. Pokazać, jak szaraczki odnajdują w sobie pasję, jak stepując, pięknieją, choć nie przestają być przy tym czasem rozkosznie śmieszni. Brytyjczycy wiedzą, jak tworzyć takie opowieści, aby bywało zabawnie, ale i gorzko, a w odpowiednich momentach wzruszająco. Mają w tym względzie mistrzów przede wszystkim w świecie kina. Trudno sztukę Harrisa porównywać do filmów Kena Loacha albo Mike'a Leigh, bo to jest jednak zupełnie inna klasa. Tym niemniej mają oni w swym dorobku również rzeczy lżejszego kalibru i do nich mierzy autor "Lekcji stepowania". Poza tym pamiętamy dobrze tytuły takie jak "Dziewczyny z kalendarza" oraz "Dumni i wściekli". Do nich Harrisowi, który napisał swój dramat znacznie wcześniej, już zdecydowanie bliżej.

 

Krystyna Janda wyreżyserowała "Lekcje stepowania" po raz drugi. Pierwszy był już dawno, bo w 2005 r. w łódzkim Teatrze Powszechnym. Przez mgłę pamiętam, że przedstawienie miało raczej dobrą prasę. Artystka zaś znajdowała się w całkiem innym niż dzisiaj punkcie swej drogi. Niedługo wcześniej po wielu latach zrezygnowała z etatu w warszawskim Teatrze Powszechnym, Polonia i Och-Teatr miały pojawić się na mapie dopiero za jakiś czas. Janda sądzi, że "Lekcje stepowania" trafiały w ówczesny polski klimat społeczny, a dziś spotykają się z nim jeszcze bardziej. Wiele w tym prawdy, bo ludzie potrzebują na scenie podobnych jawnie terapeutycznych historii. Tyle że albo Janda nie wykorzystuje w pełni potencjału sztuki Harrisa, albo go w tekście jest mniej, niż mogłoby się wydawać. Gdybam, bo "Lekcji stepowania" nie czytałem, nie znam też łódzkiej inscenizacji ani spektaklu wystawionego później w Teatrze Komedia w Warszawie.

Kobiety z "Lekcji stepowania" w Och-Teatrze są jak trzeba - zwyczajne, przeciętne, jawnie obnoszące się ze swymi kompleksami. Nie mam pretensji do aktorek, bo grają zapewne to, co zostało zapisane w tekście, a mimo to brakuje mi w tym przedstawieniu kogoś, kto na moment przekroczyłby swą nijakość, pokazał przełamanie, wbił w fotel nieoczekiwaną woltą charakteru. Coś podobnego proponuje Anna Iberszer (Mavis), gdy w oczekiwaniu na swych uczniów wyładowuje złość na swoje życie w siarczystym stepie. No i dostaje brawa przy otwartej kurtynie. Innym bohaterkom takich możliwości ewidentnie brakuje.

Śmieszy Elżbieta Romanowska jako grubo ciosana Sylwia, wciąż powtarzająca sprośne kawały i poklepująca po tyłkach koleżanki, intrygująco zakleszczona w sobie jest czasem Zofia Zborowska (Andy), potrafi wzruszyć Izabela Dąbrowska (Rosę), delikatną kreską buduje swoją postać Krystyna Tkacz (pani Fraser), ale one oraz ich partnerki przez dwie i pół godziny spektaklu zostają niemal niezmienione. Dobrze, przykuwają uwagę w stepie, bo wszystkie swoją lekcję uczciwie odrobiły, ale to jednak za mało. Powtarzam, nie wiem, czy odpowiada za to reżyser, czy wina leży po stronie autora sztuki, ale "Lekcjom stepowania" w Och-Teatrze brakuje wyrazistości i siły. Nie dodaje jej kluczowa sekwencja, kiedy wszyscy po kolei wyrzucają sobie żale i wzajemne pretensje. W tym punkcie dramaturg przesadził - litania wszystkich nieszczęść, jakie mogą spotkać kobietę (z pedofilią męża i przemocą domową włącznie), nie budzi przerażenia, ale wzajemnie się unieważnia.

Jest w tym spektaklu jednak coś, co każe o nim myśleć i może podnosi ocenę ponad jego rzeczywistą wartość. To chęć, by stanąć po stronie ludzi takich, jakimi są. Sportretować ich ze współczuciem i wyrozumiałością. Po moim szeregowym przedstawieniu część widzów zerwała się z miejsc do stojących oklasków. Widać, że bardzo tego potrzebowali.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni