kup bilety online

Komunikat prasowy

Jestem legendą

Przemysław Skrzydelski, wSieci nr 37/14.09

"Maria Callas. Master Class" Terrence'a McNally'ego w reż. Andrzeja Domalika w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w tygodniku wSieci.

Krystyna Janda powtarza swoją rolę sprzed lat, ale jednocześnie to najlepsza rzecz, jaką zagrała od dekady. 

Długi snop światła z punktowego reflektora znad sceny rozjaśnia aktorkę, ale to promień blady, nie daje rady pokonać mroku, który Janda ma wokół siebie, jednak przede wszystkim na sobie. Jest cała ubrana na czarno, więc w takiej sytuacji punktówka wydobywa bardziej zarys jej postaci, konieczny kontur, niż detale wyglądu. Czerń kostiumu powoduje, że w szczegółach daje się za to obserwować pyłki kurzu fruwające w jasnym strumieniu. To efekt perfekcyjny, bo przecież liczą się słowa tak gwałtownie wyrzucane przez Jandę i niesione w tym świetle wysoko, jakby były oskarżeniem wysyłanym z ziemi do nieba. Oskarżeniem Marii Callas o to, że właściwie życie i sztuka wzajemnie się zwalczają. Należy wybrać: jedno albo drugie. Albo to i to, lecz wtedy już na pewno licząc się z konkretnymi ofiarami na własnym koncie. W tych najważniejszych fragmentach spektaklu Callas we wspomnieniach zwraca się do impresario Meneghiniego i miliardera Onasisa, dwóch sławnych mężczyzn swego życia, też mocno przegranych. Janda te retrospekcje zamienia w litanię rozpaczy, która domaga się odmówienia każdego dnia. Jak wyrzuty sumienia - nie do podsumowania, rozliczenia, zważenia, nawet w próbach biografii czy kolejnych książkach, sztukach.

Właśnie dwa drapieżne monologi Jandy tworzą oś przedstawienia Andrzeja Domalika. Nie wiem, jak to wyglądało w czasach, gdy aktorka latami grała Callas w warszawskim Powszechnym, ale wydaje się, że na tamtej scenie, o bardziej kameralnym układzie, intymny kontakt musiał przebiegać jeszcze intensywniej. Teraz z kolei, w Och-Teatrze, jest dużo trudniej go osiągnąć. To przestrzeń nieporównywalnie bardziej rozpraszająca uwagę widza, który - obserwując grających - niejako przy okazji musi spoglądać na publikę po drugiej stronie pola gry. Skupienie, prywatna izolacja od bodźców zewnętrznych mogą się nie udać. Jednak reżyser poradził sobie i z tym. U Domalika zawsze imponowała mi swoboda w konstruowaniu spektaklu bez zbędnych elementów, bez nabierania się na rozwiązania, które zakłóciłyby mechanizm logicznie następujących po sobie scen. On ma swoją przyczynę i swoją konsekwencję. Rytm, kontrapunkt, puenta - wszystko na swoim miejscu. A na koniec, patrząc na całość, łapiemy się na tym, że nie potrafilibyśmy wyobrazić sobie tego inaczej.

Rola Marii Callas powtórzona po 18 latach zaskakuje nowymi znaczeniami - zresztą Janda niedawno podkreślała, że chciałaby je wydobyć. Dziś tekst Terrence'a McNally'ego niby czyta się tak samo (i nie jest to dramaturgia z najwyższej półki), ale to Janda z perspektywy minionych lat i innych zagranych rzeczy może ocenić go pełnoprawnie. Dlatego teraz, kiedy oglądamy, jak Callas przymusza się do wysłuchania wokalu kolejnego ucznia na lekcjach mistrzowskich, widzimy kogoś trochę innego. Janda traktuje postać wybitnej sopranistki tym razem jako raczej zadanie do przepracowania i stawiania w nim znaków zapytania. Zero tutaj czystej przyjemności bawienia się tym, co w sztuce McNally'ego nieco przerysowane czy zbyt oczywiste. A chyba tak, przynajmniej do pewnego stopnia, patrzyło się na realizację pierwotną. W przypadku Jandy nie wypada też chyba mówić o truizmach: że to jedno z jej najdoskonalszych przeobrażeń, że ma każdy centymetr tej roli opanowany do perfekcji, a kiedy dziesiątki razy wypowiada porozumiewawcze, charakterystycznie akcentowane Callasowe "ech?", nie jest w stanie tym zanudzić i ani na chwilę nie popada w oczywistą rutynę puszczania oka do tych, którzy cały czas tego od wielkiej aktorki oczekują. I dlatego to tak uderza, mimo że oczywiście momentów naprawdę śmiesznych nie brakuje.

Może jedynie przeszkadza tautologiczny finał, te - co prawda włożone w usta Callas i brzmiące w zgodzie nią samą - deklaracje o ratowaniu świata przez sztukę, w których Janda niepotrzebnie chce podsumować samą siebie, znów uzasadnić postanowienie podjęte wówczas, gdy zdecydowała się na swój prywatny teatr. Choć to w głównej mierze błąd autora, że próbuje nadać dodatkową klamrę. Jeśli wsłuchać się w to, co pada w tekście McNally'ego podczas dwóch godzin dialogów między Callas a jej zestrachanymi studentami, i tak sensy przebijają się do nas bez najmniejszej trudności. Ale może z drugiej strony rzeczywiście jest tak, że Janda, podchodząc do Callas na nowo, bardziej traktuje ją jako możliwość przyjrzenia się, czy proste prawdy w ogóle w teatrze potrafią jeszcze cokolwiek zdziałać. Kto wie, może właśnie tylko w teatrze wypada mówić o nich tak wyraźnie.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni