kup bilety online

Komunikat prasowy

Mayday, czyli na życiową stagnację zafunduj sobie dwie żony!

„Mayday” Ray`a Cooney`a, akbrytyjskiego tora i autora sztuk teatralnych, uchodzi za jedną z najzabawniejszych komedii świata. Sztuka nigdy się nie zestarzeje, bo tak długo, jak ludzie nie przestaną kłamać i kręcić (a nie zanosi się, by kiedykolwiek miało to nastąpić), będziemy się śmiać widząc, jak inni muszą wić się i kombinować, żeby ich podłości  nie wyszły na jaw!

            Faktem jest, że jeśli któryś teatr decyduje się wystawić „Mayday” - i zrobi to dobrze, na długie lata staje się symbolem miejsca, w którym można odetchnąć od problemów codzienności, pośmiać się, ale też pomyśleć o własnym życiu. Dowód? Proszę bardzo – Teatr Bagatela w Krakowie, gdzie sztuka Cooney`a miała swoją premierę w 1994 r. i grana jest z powodzeniem do dziś (przy pełnej widowni zresztą). Nie inaczej będzie pewnie także w Och-Teatrze, gdzie „Mayday” w świetnej inscenizacji Krystyny Jandy od marca 2012 r. zagrano już prawie 230 razy! 

Taki sobie znalazł sposób na życie…

            Bohater sztuki, niejaki John Smith (a jakże, brytyjski Jan Kowalski, czyli lokalny everyman!) mieszka sobie spokojnie w Londynie, pracuje jako taksówkarz i od lat wychodzi do pracy, żegnając czuje swoją żonę – Mary. Problem w tym, że wychodzi, po czym wraca… do innego domu, do innej żony (Barbary), do zupełnie innego życia!

            Za mało mu było widać przygód i postanowił zafundować sobie bigamię! Co śmieszniejsze – obie żony kocha nad życie i przemyślny system, który pozwala mu widywać się z obiema, przyjmuje jako coś oczywiście pozytywnego! Żelazna dyscyplina i wzorowo prowadzony kalendarzyk małżeński (!) dają mu możliwość spokojnego rozkoszowania się urokami podwójnego małżeństwa. Los jednak przypomni sobie o Johnie Smith`cie! Pewnego dnia, na skutek wypadku, tajemnica wyjdzie na jaw. W szpitalu przypadkiem podany zostanie nie ten adres, ktoś się tym zainteresuje i … nieszczęście na horyzoncie. Teraz nie trzeba już tylko kłamać żonom, ale także policji, mediom. Trochę za dużo, jak na jednego poczciwego taksówkarza! W wyjściu z kłopotów pomagać mu będzie przyjaciel (Stanley) i – zupełnie nieoczekiwanie – homoseksualista Bobby Flanklyn, sąsiad Barbary. Jak to się wszystko skończy?

Krystyny Jandy pomysł na sukces

            Nie jest wcale łatwo utrzymać widzów przez dwie i pół godziny w stanie absolutnego zachwytu. Na scenie muszą dziać się cuda, ponieważ po jakimś czasie nawet najzabawniejszy gag zwyczajnie spowszednieje. Reżyserka spektaklu ma jednak świetny patent na nudę – tworzy spektakl niemal idealny, w którym mieszają się tempa, charaktery i miejsca! Janda żongluje konwencjami, zgodnie z regułami klasycznej komedii doprowadza bohaterów niemal na szczyty absurdu, po czym pozwala im uspokoić oddech (ale tylko po to, by za chwilę raz jeszcze dopadła ich szalona gonitwa pomyłek. „Mayday” to spektakl idealny dla wszystkich tych, którzy chcą odpocząć w teatrze od jesiennej szarzyzny, polityki, smutków. Tutaj będą płakać ze śmiechu, bo po prostu inaczej się nie da.

            Janda wie doskonale, jak sprawić, żeby taki test, jak ten Cooney`a zyskał w odbiorze. Szalone tempo spektaklu jest nie tylko widowiskowe, ale rozpala emocje. Dziesiątki teatralnych sztuczek, żarcików – wszystko trafione w punkt, rodzi nieporozumienia, uspokaja napięcie, bawi. Scena została wykorzystana praktycznie całkowicie, czworo drzwi przyprawia o zawrót głowy, każde wejście kolejnej postaci jest niczym uderzenie tornada, strach bowiem pomyśleć, kto pojawi się teraz i jakie to będzie miało konsekwencje…

        Scena Och-Teatru jest jedną z trudniejszych w Warszawie. Widzowie siedzą z obu jej stron. Trzeba grać inaczej, niejako do środka, tak, aby każda strona była przekonana, że aktorzy grają dziś tylko dla niej. To się wszystko udaje bez problemu, tak lekko, jakby wcale nie trzeba było się zastanawiać, jak to zrobić (a – nie czarujmy się – to nigdy nie jest prosta sprawa!).

Mój faworyt!

            Mieliście Państwo kiedyś taki moment w teatrze, że przedstawienie się zaczyna, niektórych aktorów już widzieliście w innych sztukach, przyszliście tu dla nich i nagle pojawia się ktoś, kogo spotykacie po raz pierwszy w życiu i to jest jak uderzenie obuchem? Olśnienie! Odkrycie! Miałem tak właśnie tutaj.

        Adam Krawczuk jako Inspektor Porterhouse jest po prostu królem wieczoru. Chociaż wszyscy grają wspaniale (bo to taki spektakl, w którym po pierwsze nie ma słabych aktorów, po drugie zaś – świetna gra jednych nakręca pozostałych do równie błyskotliwego aktorstwa), tego wieczoru Krawczuk ujął mnie najbardziej. Ma niespotykaną ekspresję: nie tracąc męskości potrafi być jednocześnie delikatny. Porterhouse ma bardzo plastyczną twarz, kiedy myśli – widzimy słowa, które przepływają mu przez głowę. Znakomity pomysł na tę postać, taka serdeczną i ludzką – plus cudowne zestawienie go z nie mniej ciekawym Maciejem Wierzbickim, grającym Inspektora Troughtona z innego komisariatu. Ten z kolei jest szorstki, nieprzystępnym, buduje wokół siebie mur autorytetu. To, że inspektorzy są tak bardzo różni, jest znakomitym pomysłem. Najlepszym z możliwych. Obaj grają tak, jakby trwała walka o to, który lepszy. Nie ma lepszych. Obaj też są genialni.

Maria Seweryn może wszystko

            Tautologią jest stwierdzenie, że Maria Seweryn jest znakomitą aktorką dramatyczną. Rola w „Mayday`u” udowadnia, że to jednak aktorka kompletna, równie wiarygodna w komedii, co w dramacie! Lekkość w farsie jest kluczowa, by postać nie była przeszarżowana. Tej lekkości jest w postaci Mary bardzo dużo. Żona Johna Smitha ma imponującą fryzurę, jest sympatyczna, dość łatwowierna i – jak to bywa czasem – nie grzeszy porażającym intelektem. Nie, nie, nie jest zwyczajnie głupia, raczej rozkosznie infantylna. Seweryn wchodzi w tę postać z wdziękiem, ujawniając najbardziej komiczne cechy Mary i pozwalając widzom ją lubić. Nawet wtedy, gdy w pewnym momencie szlag ją trafi i będzie się złościć i krzyczeć! Okazuje się, że do twarzy jej z komediowymi minami.     

Zaskoczenie

            Sporym zaskoczeniem był dla mnie udział w przedstawieniu Moniki Fronczek. Aktorka bardzo się rozwinęła od czasów serialowej Ani z „Brzyduli”. Na scenie czuje się jak ryba w wodzie, jest autentycznie zabawna i – co też ciekawe – jej Barbara malowana jest zupełnie inną kreską niż druga z żon słynnego taksówkarza. Zdziwiona kolejnymi ekscesami męża, daje sobie jednak wiele wmówić. Udana kreacja, bez dwóch zdań!

Po co to panu, Johnie Smith?

            Grający taksówkarza prowadzącego podwójne życie Rafał Rutkowski, jeden z filarów (obok m.in. Adama Krawczuka) Teatru Montownia, to dla mnie intrygujący aktor. Są spektakle, w których kupuję go bez pytań, ale też takie, podczas których zgrzytam zębami. Zdarzyło mi się niedawno być na jednym (pomińmy tytuł), gdzie aktor szalał niczym w stand upie, racząc rozbawioną publiczność żartami rodem z cyrku. Tutaj jest o niebo lepiej, choć – i to mały minus – Rafał Rutkowski ma w głosie pewną manierę, której nie jest w stanie przezwyciężyć, skutkiem czego niezależnie od spektaklu jego gra jest w zasadzie dość stereotypowa. Szczęściem – tutaj akurat się sprawdza!

            W swoich rozpaczliwych próbach pozostawienia status quo sytuacji, John Smith jest -paradoksalnie - rozgrzeszony przez publiczność, która kibicuje mu, żeby udało się nie doprowadzić do ostatecznej konfrontacji. Dużą pomocą w maskowaniu kolejnych wpadek służy Johnowi przyjaciel, Stanley (w tej roli znakomity Artur Barciś). Rola – marzenie. Stanley ma wszystkie te cechy, których brakuje Johnowi. Przy całym swoim oddaniu przyjacielowi potrafi wszakże ocenić go dosadnie. Będzie jednak lojalny.

            W całej tej matrymonialnej kołomyi zastanawia fakt, co sprawiło, że John Smith zdecydował się prowadzić podwójne życie. Popełnił przecież przestępstwo. Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, musicie zwyczajnie wybrać się do teatru. Poznacie wówczas galerię fantastycznych postaci, z Johnem, jego dwiema żonami, przyjacielem, inspektorami i Bobbym Franklynie (Stefan Friedmann), który swoim widocznym homoseksualizmem namiesza dodatkowo (a wiadomo, że i bez tego John Smith ma pełne ręce roboty, aby ukryć prawdę).

 

Perfekcyjna obudowa spektaklu

            Genialna wręcz jest scenografia do spektaklu, której autorem jest Arkadiusz Kośmider. Na jednej scenie mamy dwa domy, salon żółty i salon niebieskie. Wydarzenia mogą dziać się więc jednocześnie, ale też symbolicznie scena staje się także tylko jednym z domostw. Świetne. Soczyste barwy, sporo art deco, czyste, geometryczne formy. Każdy rekwizyt pięknie wykorzystany. Kanapa, stół, pufy, a przede wszystkim czworo drzwi, dających praktycznie nieograniczone możliwości inscenizacyjne.

            Piosenki Beatlesów zgrywają się z tym, co dzieje się na scenie w sposób idealny. Wygląda to tak, jak gdyby całość została napisana pod te szlagiery, które znamy i kochamy. Światło pomaga zwielokrotnić efekt zmian tempa, duże brawa dla Adama Kłosińskiego i Pawła Szymczyka.

            Wreszcie – to, co tygrysy lubią najbardziej: kostiumy. Tomasz Ossoliński raz jeszcze udowadnia, że wie, co robi. Męskie garnitury są po prostu idealne, aż by się chciało podkraść coś z garderoby, nawet mimo faktu, iż fasony są nieco sprzed lat. Widać w nich jednak nutę fantazji, dlatego są świetne. Paniom Tomasz Ossoliński zafundował natomiast feerię pięknych materiałów, fasonów i wzorów. Będą delikatne haleczki, koronki, peniuary, przecudnej urody sukienki (sam nie wiem, która ładniejsza, a jest ich przecież kilka!). Projektant nie zapomina o dodatkach, perłach, zegarkach, bransoletach. Wszystko jest perfekcyjnie dopracowane. Fryzury i makijaże – tak samo! Granie w sztuce, gdzie wszystko jest takie piękne, musi być dla artystów sporą przyjemnością.

A to jeszcze nie wszystko!

            Celowo nie zdradzam wszystkiego. W spektaklu poza lawiną kłopotów Johna Smitha pojawią się nie tylko inspektorzy, ale też zakonnica (bez wiader!), a nawet transseksualna nimfa. Zobaczyć, jak walczy z nią Mary Smith – to jest doprawdy bezcenne doświadczenie. Próbuję znaleźć w „Mayday`u” jakąś rysę, która mogłaby być takich chochlikowym „ale”. I wiecie co? Nie znajduję!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2018 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni