kup bilety online

Komunikat prasowy

Jak Magdalena Cielecka i Maja Ostaszewska udowadniają, że w komedii też jest siła...

www.chochlikkulturalny.blogspot.com

Wybierając się na „Upadłe anioły” do Och-Teatru z góry założyłem, że poprzeczkę umieścić muszę bardzo wysoko. Prosta sprawa – reżyseruje Krystyna Janda, a w obsadzie m.in. Magdalena Cielecka i Maja Ostaszewska. Dwie znakomite aktorki dramatyczne, które bardzo rzadko decydują się na role komediowe, a już na pewno w teatrze! Zatem – przyjąłem założenie, że albo będzie mistrzowsko, albo przedstawienie okaże się klapą. Powiedzieć, że było mistrzowsko to jednak za mało… Zatem muszę się rozgadać…

  1. Bibelot teatralny

            Krystyna Janda podejmując się przeniesienia  na scenę Och-Teatru mającej już dziewięć dekad sztuki Noela Cowarda tłumaczyła, że ta komedia może być uznana za staroć, bo wiekowa, a i temat już nieco mniej frywolny niż dawniej. Zatem musi się wydarzyć coś, co sprawi, że tekst nabierze sił. Cóż by to mogło być? Wiadomo - to samo, co decydowało o powodzeniu „Upadłych aniołów” na całym świecie”! To scenariusz dla dwóch aktorek, ale nie zwyczajnych, tylko takich, które swoją charyzmą, talentem i zapałem tchną życie w ten już nieco przykurzony brytyjski humor.

            Okazało się, że to tekst idealnie skrojony dla dwóch wybitnych polskich aktorek.  Nadzwyczajny do zagrania. Dodatkowo w przypadku Magdaleny Cieleckiej i Mai Ostaszewskiej to sprawdzian aktorskich umiejętności. Wiemy przecież, jak radzą sobie aktorki w rolach tragicznych (kto był choć raz na spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego, w których grają, wie, o czym mówię), komedia jest jednakże tylko pozornie sztuką łatwiejszą do zagrania. Tutaj trzeba zaprezentować szerszą perspektywę umiejętności, a także poczucie humoru, swego rodzaju dystans. Umieć bawić się rolą tak, by na równi z widzem dostrzegać komizm pewnych sytuacji, charakterów, słów. Może wyjść z tego popis! Tylko trzeba być artystką niebanalną. W sztuce Noela Cowarda z ogromnym powodzeniem występowały m.in. Susannah York i Joan Collins. W Och-Teatrze: Cielecka i Ostaszewska dowodzą, że Polki również potrafią! I to jak!

  1. Może jednak bardziej współcześnie?

Tendencja do tego, żeby przenosić wydarzenia w czasie, zwłaszcza do współczesności, jest zjawiskiem, które opanowało teatr już od kilku lat. Przenosi się więc akcję, często ze szkodą dla samej sztuki, ale za to jest nowocześnie, dla współczesnego widza! Czy ten jednak faktycznie tego wymaga? Zastanówmy się! „Upadłe anioły” osadzone są bardzo mocno w realiach lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Nie można było tego zmienić.

Oczywiście, wydźwięk społeczny przedstawienia był z całą pewnością inny w czasie premiery sztuki. Kobiety w Wielkiej Brytanii nie miały jeszcze nawet pełnego prawa wyborczego, cóż zatem można mówić, o prawie do emancypacji w postaci romansu! Cóż to musiał być za skandal! Dziś wywołuje to uśmiech, ale może to i dobrze, bo dodatkowo sprzyja to sukcesowi przedstawienia, które opowiada przecież o rozterkach i potrzebach kobiet żyjących właśnie wtedy.

Pozostawienie akcji w realiach lat 20. czy 30. XX wieku skutkuje tym, że niuanse ówczesnej moralności społeczeństwa brytyjskiego stają się dla nas bardziej czytelne. Patrząc przez pryzmat naszych doświadczeń możemy natychmiast porównywać, oceniać postawy bohaterek, a to ciekawe doświadczenie. Zatem – doskonały wybór, by nie być mądrzejszym od autora sztuki!

  1. Dobrze grają czy szarżują?

Jak znam życie, będą różne opinie – od: „ależ to mistrzowska kreacja” po: „no nie, to jakaś groteska”! Weźmy jednak pod uwagę komediowo-farsową stylistykę oryginału i wiemy już, że tutaj właśnie wiele rzeczy zagranych jest z przysłowiowym „puszczeniem oka” do widza. Aktorki i aktorzy nie są zbyt egzaltowani z natury, ale właśnie tutaj przełamują wszystko to, co jest w ich grze zwyczajowo tak fantastyczne, aby stworzyć nową, widowiskową jakość. I są w tym wspaniali. Otrzymujemy kreacje kompletne, zabarwione humorem, pewną ironią. Niektóre gesty, zachowania, spowite są mgiełką farsowej formy, ale też osadzone głęboko w kolorycie barwnych lat dwudziestych.

  1. Skojarzenia z „Pan wzywał milordzie”

Patrząc na to, jak są ubrane (a trzeba będzie o tym dokładniej wspomnieć) i jak zachowują się tytułowe „Upadłe anioły”: Julia i Jane, nie sposób nie uśmiechnąć się z przekąsem, że oto mamy przed sobą aluzyjne odwołanie do znakomitych postaci: panienki Poppy oraz lady Agathy Shawcross z telewizyjnego brytyjskiego hitu – „Pan wzywał, Milordzie?”  Identyczna dbałość o formę, równie piękne stroje, bogactwo warsztatowe aktorek. I wciąż te same kłopoty miłosne, te „szokujące” słabości i podniety. Fakt, jeśli już porównywać, to do najlepszych. Zatem i pod tym kątem – pełen sukces.

  1. Zatem: o co w tej historii chodzi?

            Wiem, wiem, tylko nie mówić za dużo… Zatem tak ogólnie tylko: przyjaciółki: Julia (Magdalena Cielecka) i Jane (Maja Ostaszewska) wiodą uporządkowane i dość monotonne życie żon swoich mężów. Skrywają jednak pewien sekret – kilka lat temu podczas wakacji zakochały się w tym samym mężczyźnie. Uczucia wracają, gdy kobiety dowiadują się, że ich dawny amant pojawi się niebawem w Londynie. Rozpoczyna się gonitwa myśli, wzbierają fale skrywanego jeszcze pożądania. Uwierać zaczynają konwenanse. Spotkać się z nim, czy nie spotkać? Do ciebie już się odezwał czy do ciebie? Chyba powinien ze mną się spotkać, przecież jestem ciekawsza, ładniejsza, bardziej pociągająca…

            Wyjątkowo to nie mężczyźni ulegają swoim żądzom, a kobiety(pamiętajmy, że to się działo niemal wiek temu!), na dodatek w czasach, które krępowały je nieznośnie. Gdy jednak mężowie wyjeżdżają na dwa dni, by pograć w golfa, nic już nie jest w stanie odwieść kobiet od chęci popełnienia grzechu zdrady. Stąd już tylko o krok do konfliktu, bo przecież każda z pań chce być tą, która wygra miłosne tête-à-tête. Gdy obiekt westchnień wreszcie się pojawi, nie tylko wywoła wstrząs u widzów, ale też doprowadzi do rozkosznie niepoprawnego zachowania dam, uruchomi lawinę pomyłek i sprawi, że…

  1. Sukces oparty na aktorkach

Nie byłoby tego wspaniałego sukcesu, gdyby nie talenty, które spotkały się na scenie. Ocenić, która z aktorek jest lepsza po prostu nie ma możliwości. Obie są inne, a jednocześnie stanowią świetnie dopasowaną połówkę tego samego jabłka. Julia Magdaleny Cieleckiej jest kobietą obdarzoną magnetyzmem (a jaką miałaby być, skoro gra ją bogini, która gdy mówi w „Aniołach w Ameryce”; „Witaj, Proroku!(…)”,to drżą serca nawet rok po tym, gdy się to widziało), silniejszą, pewną tego, jak powinno wyglądać jej życie. Okazuje znudzenie, ale też swoją wyższość wobec męża i służby. Jej przyjaciółka Jane (w tej roli Maja Ostaszewska) jawi się jako bardziej neurotyczna osóbka, skłonna do wzruszeń i emocjonalnych wystąpień.

Obie panie niemal nie mają przed sobą tajemnic (a jednak…), ich relacja ewoluuje wraz ze zmieniającym się układem sił w „związku” z tajemniczym kochankiem. Emocje, jakie buzują w koleżankach pod wpływem samych wspomnień (mniej lub bardziej podkoloryzowanych dla wzmocnienia efektu na rywalce), wzmocnione dodatkowo alkoholem, sprawiają, że puszczają w pewnym momencie hamulce: widzimy kobiety z widocznymi na twarzach pragnieniami, z pożądaniem, które wylewa się z niemal z serc i dusz.

Szampan, luksus, wyśnione harce z kochankiem, wywołują u dam coś na kształt „motyli w brzuchu”. Niespełniona jeszcze namiętność wizualizowana jest tak sugestywnie, że żądze rzężą. Świat wokół znika – liczy się tylko pasja.

Magdalena Cielecka buduje postać Julii na urodzie, klasie i stylu. Nawet w stanie moralnego upadku będzie wyglądała niemal nieskazitelnie. Niemal – ponieważ skaza duszy, spragnionej doznań i pieszczot jawi się gdzieś w błysku w oku, podniesionym kąciku ust, barwie głosu. Maja Ostaszewska na scenie z kolei szaleje – jest bardziej przerysowana – o egzaltowanej, nieco rozbuchanej osobowości świadczą krzykliwe westchnienia, pocieszne miny i pozy. Gdy paniom wydaje się, ze oto już odwiedza je ich wyśniony mężczyzna, starają się wypaść jak najlepiej. Julia ustawia się kusząco, w takim razie Jane podwaja efekt - zgina się niemal wpół. Gdy przyjaciółce delikatnie uderza do głowy nadmiar bąbelków, ona słania się po pokoju, przewraca, odsłaniając zgrabne nogi. Nóg zresztą sporo w przedstawieniu. A że wszystkie piękne, to i przyjemność oglądania najwyższej próby.

Daje się zauważyć od pierwszej chwili, że Magdalena Cielecka i Maja Ostaszewska mają z tego spektaklu wiele radości. Bawią się same szczerze na scenie i to się czuje. Widać te wyższe sfery z ich odrealnionymi problemami, te nienaganne maniery, skrywające typowe namiętności i wady. Dylematy znudzonych żon są ukazane w tak atrakcyjny sposób, że aż miło patrzeć.

A jest przecież jeszcze Marta Chyczewska w roli służącej, która góruje nad państwem nie tylko wiedzą i wykształceniem, ale też znajomością golfowych nowinek technicznych, obyciem muzycznym, czym doprowadza do szału infantylną gospodynię i jej przyjaciółkę. Taka – chciałoby się powiedzieć – kobieta pracująca, co to żadnej pracy się nie boi. I znów – jak w „Pan wzywał , Milordzie”- służba mądrzejsza od panów. Typowe. Ale jak pięknie zagrane! Pokojówka momentami bawi się, burząc pewność siebie właścicieli domu, jest pewna swojej wartości. Młoda aktorka umiejętnie wykorzystuje szansę na stworzenie wyrazistego epizodu.

Co do Cieleckiej i Ostaszewskiej – świetnie sprawdza się w ich przypadku powiedzenie: takich trzech jak one dwie to nie ma ani jednej. Jesteście panie genialne i kropka.

  1. A co z panami?

            Nie jest źle, oj nie. Tomasz Drabek pojawia się na krótko, ale potrafi całkowicie przearanżować układ sił na scenie. Maciej Wierzbicki i Wojciech Kalarus świetnie sprawdzają się w roli mężów, zdziwionych, że żony mogą nie czuć już tych emocji, które typowe są dla romantycznych narzeczonych. Nie ma jednak co ukrywać, to jednak damy są tutaj ważniejsze. Dlatego: panowie - jesteście super, ale serce skłania się ku paniom!

  1. Dlaczego wszystko się tutaj udało?

Otóż dlatego, że nic nie jest na scenie przypadkowe. Aktorzy wybrani znakomicie, Krystyna Janda wykonała tytaniczną pracę, by sprawić, żeby każdy ruch aktorów miał swoją kontynuację w partnerowaniach. W takiej sztuce, gdzie zderzają się osobowości, emocje i charaktery bardzo ważne jest, by aktorzy byli dla siebie równorzędnymi partnerami.

Magdalena Cielecka i Maja Ostaszewska są partnerkami idealnymi. To, co robią, jest po prostu bajeczne. Ruch sceniczny idealny. A mają też przecież ten aktorski pazur, który pozwala im wybrnąć z pojawiających się czasem zabawnych „incydentów”. Kiedy długie sznury korali zaczynają uderzać o poręcze krzeseł, słychać nieprzyjemny zgrzyt. Co zrobiłaby większość aktorek w takiej sytuacji? Ano nic, czego by nie ustalono na próbach. Tutaj widać, że panie są sekundę zdziwione dźwiękami, ale potrafią wybrnąć z sytuacji. Obie ratują ją w podobny, wymyślony naprędce sposób. Jedna łapie korale przyciskając dłoń do piersi, druga z kolei do łona! Aktorska perełka, bo to jest jednocześnie tak bardzo w klimacie tego, co akurat dzieje się na scenie, że aż przyjemnie patrzeć! Ale do tego trzeba mieć i nerwy i umiejętności!

A przecież wszystko dzieje się w miejscu, które przygotowano z niewiarygodną dbałością o szczegóły. Scenografia Macieja M. Putowskiego opiera się na wyszukanych meblach, pięknych lustrach, jest i ogromny obraz Tamary Łempickiej. Porcelana, szkło, wszystko gustowne i w stylistyce art deco. Katarzyna Łuszczyk znowu (który raz już ja muszę to samo o niej napisać!) oświetlając scenę udowadnia, że bardzo lubi artystów i chce, żeby wyglądali tak, że lepiej już się nie da. Światło przecież gra w spektaklu równiej niebagatelną rolę. Gasi emocje, podkreśla wybuchy namiętności… Jest jeszcze jedna osoba, o której nie można zapomnieć: Tomasz Ossoliński – jego cudne kostiumy sprawiają, że przenosimy się w czasie. I to od razu do miejsca, w którym ktoś bardzo, bardzo kocha modę. Każda sukienka, każdy płaszczyk, kostium, kapelusik – zrobione są z typową dla kreatora precyzją. Są jak dotknięte czarodziejską różdżką, szyte złotą nicią. Po prostu zachwycające. I te buty! Widać, że nic nie jest przypadkowe! Jak pięknie wygląda kształtna stópka Magdaleny Cieleckiej w przepięknym buciku! Poezja!

  1. Tytułem podsumowania

Ekscytujące przedstawienie wyreżyserowane przez Krystynę Jandę udowadnia, że bawić widza można nie tylko w sposób knajpiany i plebejski. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda rozrywka na poziomie przewyższającym o lata świetlne to, co proponują niektóre sceny komediowe, szukajcie wolnych biletów na „Upadłe anioły”. Jeśli takie w ogóle istnieją… Do zobaczenia w teatrze, bo i ja jeszcze kiedyś wpadnę na to przedstawienie. Warto!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni