Recenzje

kup bilety online

CIELECKA & OSTASZEWSKA SHOW

Muszę się przyznać do złamania pewnej zasady – przyszłam na spektakl w stanie mentalnego zniechęcenia. Określenia przyrównujące sztukę Cowarda do cudeńka odkopanego z rumowiska lat 20. wydawały mi się grubo przesadzone. Zamiast uroczego starocia miała być zatęchła ramota, zamiast złota – tombak. Jak się okazało, życie po raz kolejny przytępiło skłonność do rezonerstwa. Owszem, małżeńskie farsy nie stanowią najbardziej atrakcyjnych rarytasów antykwarycznych. Chyba że trafią w ręce osoby, która je z pietyzmem wypoleruje.

„Upadłe anioły” stanowią podręcznikowy przykład farsy z jej wszystkimi mechanizmami qui pro quo, przebierankami i zwrotami akcji. Obecna jest również nieodzowna dydaktyczna wskazówka – najogólniej rzecz ujmując, nie warto igrać z ogniem, bo można poparzyć sobie paluszki. Nie wiem, czy tekst reprezentujący obumarły dziś gatunek byłby w stanie kogokolwiek rozbawić, gdyby trafił w ręce mało utalentowanego wyrobnika. W tym przypadku mamy szansę obcować z reżyserskim i aktorskim mistrzostwem, które zmieniają martwotę w rozpędzony wehikuł. Przy oglądaniu perypetii bohaterek w głowie automatycznie rozbrzmiewa „Love and Marriage” Franka Sinatry. Pozostaje pytanie, czy „love” i „marriage” się ze sobą pokrywają i czy można gdzieś między nimi dopisać „fascination”.

Dwie przyjaciółki i sąsiadki, Julia (Magdalena Cielecka) i Jane (Maja Ostaszewska ), mogą rozkoszować się stanem słomianego wdowieństwa, co prawda jedynie przez dwa dni. Jak się wkrótce okaże, wystarczy doba, by w życiu statecznych gospodyń dokonała się mała rewolta. Do Anglii ma przyjechać dawny kochanek obu pań, tajemniczy Maurice. Podczas gdy mężowie zabijają czas grą w golfa nieopodal Chichester, panie zzuwają peniuary, wdziewają najbardziej wykwintne kreacje i oczekują odwiedzin amanta przy zastawionym stole. W stanie radosnej antycypacji. No dobrze, może mówiąc bardziej dosadnie – w nagłym przypływie żądzy. Julia i Jane porównują wspomnienia z płomiennych randek, zastanawiają nad żywotnością swojej fascynacji. Czy zauroczenie przetrwa , czy okaże się jedynie zwietrzałym feblikiem (skoro już jesteśmy przy urokliwym staroświeckim nazewnictwie...)? A co jeśli kobiety zrewidują swoje wyobrażenia i francuski kochanek da się poznać wyłącznie jako wyidealizowany wytwór młodzieńczej fantazji, męska wersja Galatei?

W tle czkawką odbija się stagnacja małżeńskiego życia, która trochę świerzbi i uwiera, a trochę jesteśmy jej wdzięczni. Na początku spotkania przyjaciółki, które zaczynają fantazjować o romansie, jeszcze karcą się za zbyt pieprzne żarciki, mając na uwadze małżeńską stabilizację. Rozbrzmiewają kolejne dzwonki telefonu, pod okno zajeżdżają taksówki. Maurice odwleka odwiedziny, a kobiety, jako istoty z natury niecierpliwe, rezygnują najpierw ze sztywnego konwenansu, a później – po nieco więcej niż kilku łykach szampana – ze wszelkiego pozoru i przyzwoitości. W pijackim otępieniu obnaża się zawiść i skłonność do rywalizacji. Spod lukru afektowanych damskich relacji wyłaniają się kolejne niesnaski. Na babską szarpaninę kpiąco spoziera pokojówka – Saunders (Marta Chyczewska w kolejnej świetnej roli kobiecej), która, choć pośrednio, również wchodzi w tryby współzawodnictwa. Koniec końców to właśnie służąca pewnie stąpa na wysokich obcasach, perfekcyjnie zna francuski i odbiera wyczekiwany telefon od Maurice’a, przy okazji flirtując z nim co nieco. Quel dommage!

Zwieńczenie intrygi ma czysto farsowy charakter. Panowie (Maciej Wierzbicki i Wojciech Kalarus) wracają do domu przed czasem, każdy osobno. Obaj wyruszają z żoną swojego przyjaciela w poszukiwanie nieobecnej towarzyszki, co prowadzi do obustronnych podejrzeń o romans. Mężowie nabierają pewności o winie swoich żon. W finale w progu mieszkania zjawia się Maurice (Tomasz Drabek), niegroźny fircyk, nad którym Anglicy górują przynajmniej wzrostem. Gospodarze próbują ukazać swoją wyższość, trywializują wypowiedzi gościa, celowo przekręcają jego nazwisko. Wszystko to przy jednoczesnym demonstrowaniu wyniosłej uprzejmości. O tak, mężczyźni też mają swoje gierki. Scena brylant.

Mamy więc nie do końca zjadliwą w lekturze farsę, zbudowaną z dowcipów ocierających się o żenadę. Czy może się zadziać coś pozytywnego po przeniesieniu jej w sceniczne realia? Scenografia jest realistyczna, akcja dzieje się w wymuskanym saloniku. Kostiumy z epoki tworzą wizualny cymesik rodem z fotografii Lartigue’a. Jednak to nie oprawa świadczy o wartości spektaklu. Gdzie tkwi siła inscenizacji? Otóż, głównie w mistrzostwie reżyserskim Krystyny Jandy oraz wirtuozerii Ostaszewskiej i Cieleckiej. Jest w „Upadłych aniołach” pewien grymasik czy cudzysłów. Lecz przede wszystkim można odnaleźć to, co w farsie być powinno – urocza naiwność i komizm. A jeśli kogoś naprawdę mierżą „mieszczańskie klimaty” i bulwarowe żarty, niech przynajmniej doceni energię świetnie skomponowanego aktorskiego duetu.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
prawny
teatrów

PARTNER
OCH-TEATRU

WYPOSAŻENIE TEATRÓW
DOFINANSOWANO
ZE ŚRODKÓW

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ

PATRONI MEDIALNI

Z OSTATNIEJ CHWILI !
X