kup bilety online

Komunikat prasowy

Mayday, czyli kapitalny masaż przepony

http://notatnikkulturalny.blogspot.com

Wspominałem już kilka dni temu iż w ramach Dnia Matki zabieramy z żoną obie mamy do teatru. W ubiegłym roku było muzycznie i widowiskowo, tym razem szukając jakiegoś tytułu stwierdziłem, że weźmiemy coś lekkiego. I powiem Wam, że lepiej trafić byłoby trudno. Mayday to jedna z popularniejszych komedii teatralnych, ale przez ponad 10 lat w Warszawie grana nie była (kiedyś chyba w Kwadracie szalał w niej Pszoniak). Teraz zabrała się za nią Krystyna Janda, a efekt można zobaczyć w Och-teatrze.

Kto był ten już wie - specyficzna scena (przerobione kino), bo aktorzy występują na środku, a publiczność siedzi po bokach. Jak tu sobie poradzić z graniem w takich warunkach? Ano należy pamiętać aby grać bokiem, albo twarzą przez chwilę w jedną, a potem w drugą stronę :) Troszkę żartuję, ale z kim bym tam nie był wszyscy dziwią się temu rozwiązaniu - ale uwierzcie nie przeszkadza ono bardzo w odbiorze sztuki. Aktorzy po prostu nieustannie są w ruchu, co jeszcze bardziej potęguje efekt komiczny. Scenografia - niezłe rozwiązanie by jedno pomieszczenie na środku grało jednocześnie dwa mieszkania, po bokach drzwi, obok siebie dwa telefony (choć w rożnych domach) i widz musi w szybkiej akcji połapać się w którym miejscu właśnie się znajdujemy. Zwariowane podobnie jak cała sztuka.

Cała historia dzieje się w Londynie i opowiada o losach pewnego taksówkarza - Johna Smitha. Wydawałoby się szaraczek, który nie ma w sobie nic nadzwyczajnego. Ale ma on pewną tajemnicę - otóż od dłuższego lawiruje między dwoma kochającymi go żonami i dwoma mieszkaniami. Opracował sobie nawet specjalny grafik, aby jego podwójne życie mogło toczyć się bez przeszkód. Cóż - jak się domyślamy kłamstwo ma krótkie nogi. Wystarczył nieduży wypadek, wizyta w szpitalu i nagle nasz bohater staje w obliczu nie tylko posypania się swojego grafiku, ale również musi wymyślać coraz bardziej piętrowe tłumaczenia - przed obiema kobietami oraz policją, która została poinformowana o zaginięciu w obu miejscach zamieszkania.
Wartka akcja, fajnie i sugestywnie zarysowane postacie, świetnie skonstruowane komiczne sceny następujące jedna po drugiej, ale to jeszcze nie wszystko. Drugą połowę sukcesu dają aktorzy - m.in. jak zwykle komiczny Rafał Rutkowski oraz jego koledzy z teatru Montownia (Adam Krawczuk, Maciej Wierzbicki), Maria Seweryn, dotąd mi nie znana Monika Fronczek, pojawia się też w charakterystycznej roli Stefan Friedman, ale wszystkich na głowę i tak bije Artur Barciś, który gra przyjaciela głównego bohatera.  Obaj na scenie dają po prostu pokaz umiejętności komediowych.
Oczywiście całość jest farsowa, więc mamy mnóstwo min, krzyków, biegania, pomyłki i nieporozumienia piętrzą się niesamowicie, ale zabawa jest kapitalna. Ukrywanie, ucieczki, najbardziej absurdalne pomysły na wyjaśnienia (oczywiście dobrze się rozgrywa komediowo wątki homoseksualne i domysły z tym związane)... Do tego jeszcze fajny klimat lat 60-tych (i kostiumy, i muzyka Beatlesów).
I niech mi nikt nie mówi, że to proste by zrobić dobrą komedię! Jeżeli to dzięki lżejszym sztukom można utrzymać tez poważniejszy repertuar to należy tylko cieszyć się z tego, że ten lżejszy też jest na najwyższym poziomie.
To po prostu trzeba zobaczyć!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2018 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni