Recenzje

kup bilety online

W OCHU ANIELSKIE DAMY BŁYSZCZĄ, LŚNIĄ I ROZRABIAJĄ

Na scenie Och-Teatru królują dwie aktorki, dwie osobowości, pełne niespożytej energii i zmysłowości, a przy tym eleganckie, urocze i dowcipne. Maja Ostaszewska i Magdalena Cielecka bardzo rzadko pojawiają się w repertuarze komediowym, bowiem w teatrze Warlikowskiego, gdzie zazwyczaj grają, reżyserzy chętniej powierzają im poważne, trudne, skomlikowane psychicznie role. Dla odmiany i ku zaskoczeniu widzów, Krystyna Janda zaproponowała aktorkom coś odświeżającego, lekkiego, ale w wyrafinowanym stylu. To dla obu pań nowe doświadczenie sceniczne i wyzwanie. I nie przeszkadza brak doświadczenia farsowego, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że stąd bierze się ich otwartość, świeżość oraz ufność w aktorską intuicję. W Teatrze Nowym, mimo iż występują w tych samych przedstawieniach, nie spotykają się na scenie. Tym razem pani reżyser obsadziła Ostaszewską i Cielecką razem, w brytyjskiej farsie z lat dwudziestych, autorstwa Noëla Cowarda. To jakby powrót do przeszłości, wspomnienie ich wspólnego spektaklu sprzed lat. Mam na myśli „Magnetyzm serca” Fredry, wystawiony w Teatrze Rozmaitości w 1999 roku, w reżyserii Grzegorza Jarzyny.

„Upadłe anioły” (Fallen Angels) Noël Coward napisał w początkowym okresie swojej kariery. Miał wówczas 24 lata. Sztuka w niczym nie ustępuje późniejszym jego tekstom, jest może nieco bardziej frywolna, mniej skomplikowana, a autor beztrosko przełamuje utarte stereotypy na temat małżeństwa i stosunków męsko-damskich . Trzeba podkreślić, iż wciąż nas śmieszy, choć salonowe konwencje wydają się nieco przestarzałe. Pamiętajmy przy tym, że „Upadłe anioły” miały swoją premierę równo 90 lat temu! Od tego czasu wiele się zmieniło – w obyczajowości, modzie i w samym teatrze, że wspomnę tylko o sposobie ukazywania postaci oraz stylu gry. Całe szczęście humor się nie starzeje, a farsa w dobrym wydaniu niezmiennie zapewnia widzowi znakomitą zabawę – jak dobry szampan, którego Julia i Jane posmakowały aż nadto... .

Bohaterkami „Upadłych aniołów” są dwie zamężne Brytyjki, dobrze sytuowane damy, Julia i jej najlepsza przyjaciółka Jane. Wierne żony, o nienagannych manierach, po pięciu latach małżeństwa są nieco znudzone mężami i tęsknią do młodzieńczych pasji, gorących namiętności. Właśnie wtedy pojawia się wspomnienie dawnego kochanka ze snów. W dodatku nie tylko w marzeniach. Przyjaciółki z trudem opierają się pokusom, rozbudzonym przez powrót przystojnego Francuza Maurice’a, którego znały przed laty, zanim zostały mężatkami. Rozdarte między poczuciem obowiązku, wiernością a pragnieniem przeżycia dawnych podniet i zapałów, oddają się fantazji. I robią wszystko, by dawne tajemnice pozostały nieujawnionymi. A przy okazji piją szampana. Każdy kolejny kieliszek przydaje im odwagi, języki zaczynają się rozluźniać, ukryte zazdrości wypływają na powierzchnię, pryskają dobre maniery. Dwie kocice wysuwają ostre pazury spod rękawów eleganckich sukien, a wszelkie próby skromnego zachowania stają się zbędnym pozorem. Panie po prostu szaleją. Maja Ostaszewska i Magdalena Cielecka prowokują, uwodzą; wciąż eleganckie (co prawda do czasu) i modne, doskonale dopasowują się do charakteru i stylu minionej epoki. Dodatkowego smaku dodaje fakt, iż dzięki scenografii autorstwa Macieja Marii Putowskiego oraz strojom zaprojektowanym przez Tomasza Ossolińskiego, wraz z bohaterami pozostajemy w klimacie przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Szarm, szyk i przyjemna dla oka elegancja. Aktorki z wyczuciem i wdziękiem oddają swoisty bałagan emocjonalny, który charakteryzuje obie bohaterki. Czasem trochę przerysowują wady i zalety granych postaci, ale czynią to celowo. Z przyjemnością obserwuję szybką, dynamiczną grę aktorek. Doskonale wiedzą kiedy zwolnić, kiedy dać widzowi szansę na pośmianie się i posmakowanie wyrazistych, komediowych sytuacji, dialogów, a kiedy przyspieszyć, by się nie nudził. Po prostu nie sposób ich nie polubić! Jednak nie tylko one błyszczą i lśnią w tym spektaklu, dosłownie (dzięki sukniom i biżuterii) i w przenośni. Wielkim damom towarzyszy pokojówka z charakterkiem. I jeśli Maja Ostaszewska i Magdalena Cielecka grają pierwsze skrzypce w przedstawieniu, drugie niewątpliwie należą do Marty Chyczewskiej. Jej bohaterka jest urocza, gadatliwa, trochę przemądrzała, a przez to ciut irytująca. Wszechwiedząca Saunders! Znakomicie gra na fortepianie, pięknie śpiewa, biegle włada francuskim i zna najlepsze lekarstwo na kaca. Zawsze gotowa do udzielania cennych rad i pomocy. Z takimi zdolnościami i ostrym językiem bez wątpienia czeka ją kariera. Tak przynajmniej twierdzi Jane.

Wniosek? Spektakl Krystyny Jandy należy do kobiet. Panowie stanowią jedynie konieczne, acz – przyznaję - miłe tło. Dodam jeszcze, że cała szóstka, pod kierownictwem pani reżyser, przygotowała znakomite remedium na zimowe smutki i gorsze nastroje. Śmiejmy się na zdrowie!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
prawny
teatrów

PARTNER
OCH-TEATRU

WYPOSAŻENIE TEATRÓW
DOFINANSOWANO
ZE ŚRODKÓW

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ

PATRONI MEDIALNI

Z OSTATNIEJ CHWILI !
X