kup bilety online

Komunikat prasowy

TERAPIA STEPEM I TAŃCEM

Anna Czajkowska, www.teatrdlawas.pl

Z plakatu spoglądają na nas uśmiechnięte twarze artystów odzianych we frywolne kostiumy różowych króliczków Playboya. Czyżby Och-Teatr zapraszał widzów na kabaretowe show z udziałem znanych i lubianych aktorów, idealne na czas karnawału? Nic bardziej mylnego. „Lekcje stepowania”, najnowszy spektakl w reżyserii Krystyny Jandy, to rodzaj komedii obyczajowej. Autorem sztuki jest Richard Harris, angielski scenarzysta telewizyjny i komediopisarz, który pisząc „Stepping Out” próbował odtworzyć atmosferę panującą w małych angielskich szkółkach tańca. Harris miał okazję uczęszczać na lekcje stepu w lokalnej sali parafialnej (jego żona nakłoniła go do wzięcia udziału w kursie tańca, a on sam wybrał stepowanie), gdzie amatorzy szlifują swe umiejętności, bądź dopiero je zdobywają. Zaintrygował go stosunek kursantów do cotygodniowych lekcji, przyjemność i radość, jaką czerpali z ruchu i tańca. Czy w „Stepping Out” udało mu się pokazać subtelne odczucia, odtworzyć niecodzienne, czasem bardzo osobiste rozmowy i dyskusje pasjonatów tanecznych uniesień?

Prapremiera sztuki odbyła się w 1984 roku w Leatherhead, w miasteczku oddalonym trzydzieści kilometrów na południe od Londynu, a w 1987 roku „Stepping Out” pojawił się na Broadwayu, by w kolejnych latach podbijać sceny innych europejskich krajów. W 1991 roku powstał film, w którym rolę nauczycielki tańca zagrała Liza Minnelli. Dla Krystyny Jandy to powrót do tekstu i sztuki, którą przygotowała w 2005 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Pewne elementy wykorzystała ponownie – na przykład scenę finałową, wielkie show, którego nie ma w oryginale. Jak tym razem widownia oceni spektakl? Czy dostrzeże w nim jeszcze coś poza okazją do dobrej zabawy, śmiechu i oderwania od zimowej szarości (co jest przecież bardzo ważne i ma znaczenie dla naszego zdrowia psychicznego)?

Bohaterowie spektaklu to siedem pochodzących z odmiennych środowisk osób, z różnymi problemami, które raz w tygodniu uczęszczają na lekcje stepowania w nieco obskurnej sali, gdzieś w północnej dzielnicy Londynu. Dlaczego to robią? Ich motywacje są tak zróżnicowane, jak oni sami. Kurs prowadzi bezrobotna tancerka Mavis, urocza, ale z równie pokręconym życiorysem. Do tańca przygrywa niesamowita pani Fraser, wielbicielka Gershwina. I wszystko wydaje się kręcić wokół wystukiwania rytmu za pomocą butów podkutych metalowymi blaszkami, ale to tylko pozór. Tak naprawdę chodzi o rodzaj terapii, a raczej choreoterapii, oderwanie od szarości, rutyny i przygniatających problemów, poczucia niespełnienia. Zapomnieć o tym co kłuje i nie bacząc na obowiązki zatracić się w tańcu, mimo braku sprawności czy talentu. To dla sześciu kobiet i jednego mężczyzny rzecz najistotniejsza. Jak wiadomo taniec towarzyszy ludzkości od wieków. Naukowcy twierdzą, iż był on jedną z pierwszych form grupowego ludzkiego działania i religijno-magicznych rytuałów. Obecnie jego popularność jako forma terapii rośnie. Nic dziwnego. Niektóre problemy psychiczne wynikają przecież z trudności komunikacji na poziomie werbalnym i można odnaleźć je w ruchu, tylko nim wyrazić i wyleczyć. Podstawą tańca jest uzewnętrznienie tych wewnętrznych uczuć, które nie mogą być wyrażone w inny sposób. Ponadto niektóre techniki terapii tańcem mogą poprawić zdrowie, a fizjologiczne rezultaty ruchów w tańcu są podobne do objawów uzyskanych w stanie przyjemności. W spektaklu nikt nie rozwija tego tematu, choć każda z postaci, w taki czy inny sposób o tym wspomina. Pod płaszczykiem dobrej zabawy, rozrywkowych dialogów rodem z komedii obyczajowej, czai się smutek, rysuje obraz problemów trudnych, nierozwiązywalnych. Ani bohaterowie spektaklu, ani autor czy pani reżyser nie dają nam żadnej prostej recepty na to, jak się ich pozbyć. Happy endu nie będzie, ale nie o to chodzi. Jest wyrozumiałość, serdeczny śmiech, delikatność i wzruszenie, a co najważniejsze - radość życia. Po prostu. W postmodernistycznym społeczeństwie, dla które podstawową wartością uczyniono pieniądz, występuje powszechny problem „braku poczucia szczęścia”. Pustka i bezsens życia są przyczyną ataków lęku, depresji, a ludzie w żadnej sytuacji nie doświadczają własnej siły i czują się zagubieni. Propozycją zmierzenia się z tymi symptomami jest praca z własnym ciałem, między innymi poprzez taniec, odkrywanie nowych możliwości ekspresji, pogłębianie osobistych umiejętności ruchowych i rozwijanie indywidualnego stylu na przykład w… stepie.

„Lekcje stepowania” to dość długi spektakl, jednak o znudzeniu nie ma mowy. Aktorzy zadbali o to, zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia, gdy akcja dość często zwalnia tempo. Po przerwie rozwija się dynamiczniej, wartko płynąc prowadzi do punktu kulminacyjnego - zaostrzenia konfliktu w grupie oraz wylewnych monologów. I tu jedna uwaga – następuje to tak gwałtownie i szybko, iż staje się mało wiarygodne. Ilość dramatycznych słów, skrywanych, mrocznych dramatów, dotyczących przemocy w rodzinie, pedofilii, seksizmu i tym podobnych, spada na widzów niczym sufit na głowę. Aż trudno się w tym wszystkim rozeznać, a tym samym nie ma czasu na zastanowienie się nad sytuacją każdego z bohaterów, zagłębienie się w nią z konieczną empatią. Skumulowane emocje znajdują ujście w ciągu kilku minut. To zbyt proste rozwiązanie w przypadku dwugodzinnej akcji scenicznej. Jedyna postać, która ma czas na zapoznanie widza ze swoimi problemami to chora na nowotwór Rose, mężatka z trójką dzieci. Mimo tak poważnej choroby pozostaje pełną życia i wigoru, serdeczną, dowcipną kobietą. Tyle w niej nadziei, choć przyjdzie też zwątpienie… . Wspaniała kreacja Izabeli Dąbrowskiej, której aktorstwo cenię bardzo wysoko. Mam wrażenie, że pani Iza potrafi wiarygodnie zagrać wszystko i każdego. Jeśli scenopis tego wymaga i zajdzie taka potrzeba, z powodzeniem wcieli się nawet w… drzewo. Kochamy, wzruszamy się wraz z jej Rose. I trzymamy za nią kciuki. Nie oznacza to bynajmniej, iż pozostali uczestnicy swoistej terapii stepem są nam obojętni. Janda zaangażowała niezwykle zgrany, doświadczony zespół, a on z powodzeniem kreśli na scenie wyraziste portrety postaci. Rubaszna, prostolinijna i nieco wulgarna acz smakowita w swej roli Elżbieta Romanowska, może wywołać uśmiech na każdej twarzy (również zażenowania). Po prostu - znakomicie oddaje osobowość swej bohaterki, z wszystkimi zaletami, mnóstwem wad oraz nadprogramowymi kilogramami. Jej Sylwia szybko budzi sympatię, choć może nieco irytować. Nieśmiała, nad wiek infantylna i nieporadna Dorothy, grana przez Joannę Moro, jest nam równie bliska jak Sylwia, podobnie Maxine cudownej Katarzyny Żak, choć światy obu postaci, ich charaktery są odległe o lata świetlne. Na scenie królują jeszcze dwie panie, szczególnie wytrawne aktorsko - Krystyna Tkacz i Maria Winiarska. Krystyna Tkacz, w roli akompaniatorki - pani Fraser, to być może najlepsza kreacja tego wieczoru. Tembr głosu, dystynkcja i nieodłączny kapelusik, a do tego uszczypliwe uwagi, spojrzenie, gesty, budują pełną humoru, niezapomnianą postać. Maria Winiarska, jako Vera, raczej antypatyczna, wścibska i zadufana w sobie paniusia, której nikt nie lubi, też korzysta z dobroczynnych skutków wspólnych lekcji tańca. Bo i ona skrywa niejedną traumę. I jest potrzebna grupie. Z przyjemnością obserwowałam grę tej znakomitej artystki oraz jej umiejętność dzielenia sceny z córką Zofią. Ostatni bohaterowie, to Geoffrey i Andy, zamknięci w sobie, skryci, trochę stłamszeni przez grupę, trochę na uboczu (zwłaszcza Andy). Przyjdzie moment, że i oni w końcu wybuchną, jak pozostali. Wyborny duet Kamila Maćkowiaka, absolwenta szkoły baletowej w Gdańsku z Zofią Zborowską, potrójną mistrzynią Polski w stepowaniu, dodaje całości profesjonalnego, tanecznego uroku. A popisy nauczycielki Mavis (w tej roli Anna Iberszer, pasjonatka tańca flamenco i tanga argentyńskiego, tancerka i choreograf) wręcz porywają. Znać mistrzynię stepu, nie tylko butem podkutym gwoździkami, ale i blaszką! Bowiem ogromną zaletą tej inscenizacji jest dopieszczony, dopracowany element taneczny. Specyficzny dźwięk, tak miły dla ucha, plastyczne, czasem groteskowe ruchy dostarczają przyjemnych odczuć i mają ogromne znaczenie dla wizualnego odbioru spektaklu. I tu ukłony w stronę Anuli Kołakowskiej, autorki choreografii oraz całego zespołu aktorskiego. Końcowy popis odzianych w kostiumy króliczków „Playboya” dziewcząt i jednego pana, do tego „Billie Jean” Michaela Jacksona, to idealne zamknięcie całości oraz rewelacyjny, przezabawny mini show i szał.

Na koniec pozwolę sobie zauważyć, że „Lekcje stepowania” trafiają silniej do kobiecych dusz i serc. Bo o nich mówią. Panowie, choć nie na pewno, potraktują spektakl jako lżejszą rozrywkę, miłą komedię. Kobiety uronią łzę i ze wzruszeniem szepną – „to o nas”. Poza tym to przeważnie panie odczuwają tę szczególną pasję taneczną, instynktownie szukając różnych form ruchu. A skoro podczas tańca wyzwalane są czynniki hormonalne stymulujące uwalnianie energii oraz endorfiny – tańczmy na zdrowie!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni