kup bilety online

Komunikat prasowy

„LEKCJE STEPOWANIA” CZY LEKCJE WRAŻLIWOŚCI I SIŁY?

Justyna Potasiak, kulturadogorynogami.pl

Justyna: Gdyby w podejściu do Lekcji stepowania sugerować się nazwą spektaklu, można by odnieść wrażenie, że będzie to spektakl o tańcu. Na szczęście wcale tak nie jest i wbrew zasłyszanym opiniom cieszę się, że stepowanie posłużyło tu wyłącznie jako bardzo dyskretne tło do ukazania historii każdego z uczestników kursu oraz jako sposób wyrażenia skumulowanych w każdej postaci emocji. Ich spotkania zostały w pewnym momencie nazwane terapią, jednak nie oznacza to, że były wyłącznie przygnębiające, wręcz przeciwnie. Jest to typowa słodko-gorzka opowieść, gdzie znajduje się czas na śmiech oraz na naprawdę głębokie wzruszenie.

Iga: Podchodziłam do tego spektaklu dość sceptycznie. Po pierwsze – nie jestem wielką miłośniczką tańca, a na scenie od ruchu ważniejsze jest dla mnie słowo. Bałam się trochę, że w tym przypadku główną rolę odegra stepowanie. Ale – tak jak mówisz – wcale tak nie było. Były historie, bohaterowie z krwi i kości, ze swoimi problemami i ukrywanymi uczuciami. Kilka razy naprawdę się wzruszyłam, jak chociażby podczas opowieści Andy (Zofia Zborowska) o śmierci staruszki, którą się opiekowała. Prawda jest jednak taka, że sama historia nie byłaby tak wzruszająca, gdyby nie praca aktorki, która wykreowała postać ciepłą, wrażliwą, z którą łatwo – przynajmniej mnie – utożsamić się którą łatwo zrozumieć. Komedii sytuacyjnej i słownej było tutaj dużo mniej. Szczerze mówiąc, sam tekst trochę mnie rozczarował. Momentami – zupełnie niepotrzebnie – pojawiało się wiele mało śmiesznych żartów. A czasem mniej znaczy więcej.

 

Justyna: Faktycznie, spora część żartów – choć słyszałam na sali śmiech widowni – całkowicie do mnie nie trafiała. Gdy jednak przeanalizowałam sobie taką konstrukcję, doszłam do wniosku, że nie zawsze o głośny śmiech chodziło. Odnajduję w tym raczej fajny zabieg, jakim było stworzenie postaci zupełnie od siebie odmiennych i bardzo charakterystycznych, które tymi swobodnymi żartami sprawiały wrażenie, że faktycznie rewelacyjnie się znają i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Nierzadko żarty służyły im jako przykrywka do poważnych problemów, do łagodzenia konfliktów. Przyznam szczerze, że na szczycie listy momentów, które najbardziej zapadły mi w pamięci, był krótki monolog Geoffrey’a (Kamil Maćkowiak), który – gdy konflikt w grupie już wyjątkowo mocno się zaostrzył – odważył się powiedzieć na głos, że tak naprawdę uczestniczki kursu, tak chętnie ingerujące w jego życie i tworzące w swojej głowie swój własny obraz jego osoby, w rzeczywistości go nie znają i nic o nim nie wiedzą. Ujęło mnie takie przełamanie się tej postaci, dotychczas bardzo wycofanej i nieśmiałej, świetnie wymyślonej i zagranej przez Maćkowiaka. To uwypuklenie problemu, z jakim zmaga się grupa, akurat przez tego bohatera, było w mojej opinii bardzo poruszające.

Iga: Przesłanie spektaklu zdecydowanie do mnie przemawia. Żyjemy obok siebie, rozmawiamy ze sobą, ale tak naprawdę nic o sobie nie wiemy. Nie mamy prawa ani nikogo krytykować, ani oceniać, bo nigdy nie mamy pewności, co tak naprawdę ukształtowało danego człowieka, jakie są jego marzenia i tęsknoty. W Lekcjach stepowania niejednokrotnie zdarzało się tak, że kilka postaci mówiło jednocześnie, każdy próbował każdego przekrzyczeć (poza wyjątkiem, jaki stanowiła Dorothy grana przez Joannę Moro i wspomniany przez Ciebie Geoffrey), postawić na swoim. Ale był to krzyk bezradności. Nawet pewna siebie i wścibska Vera, w której postać

 

wcieliła się genialna (!) Maria Winiarska, w pewnym momencie przyznaje się do własnych słabości, pozwalając sobie nawet na łzy. Pisząc o aktorach, nie sposób zapomnieć o Krystynie Tkacz. Już od dawna jestem nią zauroczona. Ten głos! W Lekcjach stepowania – moim zdaniem – to ona skradła całe show, polegające na rozbawieniu widza. W kontekście pozostałych postaci, nie była to duża rola, ale jednak prawdą jest, że nawet z małej roli, gdy tylko ma się talent, można zrobić majstersztyk.

Justyna: Pani Fraser Krystyny Tkacz to perełka, z tym trudno się nie zgodzić. Jest to wyśmienita, absolutnie urocza postać, która wnosi do sztuki tyle kolorytu! Jednocześnie jest skonstruowana dość prosto, minimalistycznie i konsekwentnie. Chciałabym obejrzeć sztukę jeszcze raz właśnie po to, by móc ponownie zaśmiać się w głos z jej monologu pod wpływem alkoholu. W ustach Krystyny Tkacz nawet wulgaryzmy brzmiały lekko i wcale nie były rażące. To chyba tworzy definicję aktorskiej klasy?

Ja jednak jeszcze na moment wrócę do Very (Maria Winiarska). Jest to postać, która tak naprawdę odegrała najistotniejszą rolę w całym spektaklu. Wywróciła ustabilizowane relacje bohaterów do góry nogami! Jej wścibskie podejście, chociaż przez całą pierwszą część wydaje się być niezwykle irytujące i trudne do zrozumienia, w rzeczywistości uruchamia skrywane uczucia bohaterów. To ona doprowadza do tego, co ja w tej sztuce lubię najbardziej: wyjściu na jaw prawdziwych emocji, dzięki czemu możliwe jest nie tylko oczyszczenie atmosfery w grupie, ale przede wszystkim – przyznanie się każdej z osób przed samym sobą, że każdy z nich posiada jakiś problem, jakieś pragnienie. Tylko dzięki temu są w stanie uwierzyć w terapeutyczną moc tańca – dzięki poczuciu jedności z jednej strony i chęci naprawy swojego życia z drugiej.

Iga: Cieszę się, że ten spektakl kończy się happy endem. Że koniec końców każdy jakoś godzi się ze swoim życiem i oddaje wspólnej pasji. Ale zanim o finale i o popisie tanecznym, muszę jeszcze raz wrócić do obsady (tak już mam – kocham pisać o aktorach…). Nie wspomniałyśmy jeszcze o Izie Dąbrowskiej, a ja uważam ją za jedną z lepszych aktorek teatralnych. W Lekcjach stepowania też stanęła na wysokości zadania. Wcielając się w rolę chorej na raka Rose, stworzyła postać wyrazistą, groteskową. Lubię, gdy w teatrze czy filmie rozmowy o śmierci przełamuje się śmiechem, kiedy patrzy się na chorobę z – pozornym – dystansem. Z takiej perspektywy ukazania ludzkiej bezsilności wynikają zazwyczaj zaskakujące przemyślenia. Rose przełamuje stereotypy o ludziach chorych na nowotwór. Ona się nie poddaje, żartuje ze swojego wyglądu (ciągle zmienia peruki), opowiada o życiu seksualnym, śmieje się. Jednak, jak każda z postaci, boi się. I przychodzi taki moment, kiedy mówi o tym strachu wprost. Dąbrowska poprowadziła swoją bohaterkę w sposób przemyślany i świadomy. Trochę rozczarowałam się natomiast Elżbietą Romanowską, grającą Sylwię – kobietę, która od lat próbuje schudnąć (co nie wychodzi jej zbyt dobrze) i która cierpi na chronicznie pusty portfel. Czegoś mi w tej postaci – no właśnie, może jednak bardziej w postaci niż w samej aktorce – zabrakło. Może wzruszenia? Ze wszystkich postaci, Sylwia była najmniej tragiczna, przez co najmniej przeze mnie zapamiętana.

 

Pisząc o tym spektaklu, zauważam coraz bardziej jego słodko-gorzki wydźwięk. Pamiętam, że podobnie czułam się prawie rok temu po premierze Udając ofiarę, też w reżyserii Krystyny Jandy. Spektakle reżyserowane przez Jandę często opowiadają o sprawach trudnych w taki sposób, żeby mimo wszystko znalazło się w opowieści miejsce na uśmiech, pozytywną myśl. I muszę przyznać, że lubię poprowadzone w ten sposób przedstawienia. Dla mnie ważne jest, żebym po wyjściu z teatru nie mogła uwolnić się od myśli o tym, co zobaczyłam na scenie. I nie muszą towarzyszyć temu wcale pozytywne emocje. Bywa tak, że coś właściwie nie było w moim stylu, średnio mi się podobało, ale myśl o tym wraca nieustannie i nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Lekcje stepowania pochłonęły mnie zupełnie na prawie 2 i pół godziny. Ale potem moje myśli szybko uciekły w innym kierunku. Wróciły na scenę o poranku, do poszczególnych historii: Very, Rose, Andy i Geoffrey’a.

Justyna: O tych historiach i dlaczego właśnie te konkretne zapadły mi w pamięci, rozmyślałam naprawdę długo. Dla mnie Izabela Dąbrowska stworzyła postać, która najzwyczajniej w świecie mnie wzruszyła, choć jej historia chyba z założenia do najbardziej wzruszających należała. Została – tak jak piszesz – dobrze napisana, wymyślona. Była w tym prawda i duża radość, pomimo niełatwego tematu. W trakcie spektaklu były dwa momenty, w trakcie których na twarzach ludzi, siedzących po przeciwnej stronie widowni, widziałam poruszenie – widziałam mężczyznę chwytającego dłoń swojej towarzyszki, widziałam kobietę ocierającą w pośpiechu łzę. Jednym z tych momentów był wspomniany przez Ciebie monolog Zosi Zborowskiej, drugi zaś należał właśnie do Izabeli Dąbrowskiej. Trud choroby, problem wykluczenia oraz śmierć, przemycone są w tej sztuce z dużą czułością i dbałością o każdy szczegół emocji.

Natomiast odpowiedzią na pytanie, dlaczego tylko te konkretne historie zapadły mi  – i Tobie, z tego co piszesz, również – w pamięci, a inne są w niej wyłącznie tłem, dodatkiem, jest fakt, że te właśnie problemy są mi najbliższe, pokrywają się z tym czego doświadczyłam, czego byłam świadkiem; odpowiadają temu, czego sama się boję, o co walczę. Dlatego też nie mogę odnaleźć nic bliskiego ani w Sylwii, ani w infantylnej, z emocjami na wierzchu, wiecznie zalęknionej Dorocie Joanny Moro. Nawet Maxine cudownej Katarzyny Żak nie ujęła mnie tak bardzo swoją historią. Problem może stanowić też fakt, że ich losy stają się istotne dopiero w drugim akcie, na krótko przed zakończeniem, dlatego widz nie ma zbyt wiele czasu, by się tym postaciom bliżej przyjrzeć i je poczuć. Trudno oczekiwać by przy tak dużej ilości różnych osób i historii, wszystko zostało zaakcentowane tak samo intensywnie. Nie można jednak odmówić aktorom sumiennie odrobionej lekcji – nie tylko stepowania, ale przede wszystkim budowania swojej postaci oraz współpracy, czyli chowania się w cień wtedy, gdy ważniejszy staje się ktoś inny.

Różnorodność bohaterów jest wyraźna, ale to, na co chciałabym zwrócić uwagę już na koniec, to fakt jak się odczuwa ich relacje, ich bliskość. Kiedy wchodzą na początku, mniej wyraźne jest to, że są to ludzie, których coś łączy. Każdy wpada na lekcje i znika, powraca do siebie i swojego życia. Dopiero ostatnie minuty dały mi poczucie, że to naprawdę zgrana ekipa, nie wiem tylko na ile ta z tytułowych lekcji, a na ile ta aktorska, ale pokuszę się o stwierdzenie, że obydwie opcje są bardzo prawdopodobne. Scena finałowa jest niezwykle widowiskowa, zaskakuje swoim magnetyzmem. W moim odczuciu duża w tym zasługa Katarzyny Łuszczyk, odpowiedzialnej za światła. Cały spektakl krążyły mi po głowie myśli: Jak on jest pięknie oświetlony, jak to dobrze współgra ze sztuką, ale starałam się nie poświęcać technicznym aspektom zbyt wiele uwagi, gdyż jako kompletny laik w tej materii, wolę stronić od takich ocen. Ostatnia scena jednak obudziła we mnie zbyt silne oczarowanie osiągniętym efektem, bym mogła go pominąć. Trudno było oderwać wzrok od stepujących w naprawdę efektowny sposób aktorów – jeszcze pod koniec oddając ukłon choreografce Anuli Kołakowskiej.

Iga: Słowem – to była dobrze przygotowana lekcja. Lekcja wrażliwości i tolerancji…

Justyna: …wrażliwości, tolerancji, ale i siły, którą łatwiej odnaleźć w sobie dzięki drugiemu człowiekowi.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni