kup bilety online

Komunikat prasowy

Callas - Janda - assoluta!

          Wiele lat temu kupiłem sobie książkę. Stelios Galatopoulos – „Maria Callas. Boski potwór”. Towarzyszyła mi wszędzie. Opisane w niej artystyczne credo Callas głoszące, iż  artysta całe swoje życie musi podporządkować sztuce, być jej kapłanem, znakomicie tłumaczy przesłanie sztuki wystawianej znów w Och -Teatrze. „MARIA CALLAS. MASTER CLASS” to spektakl niezwykły, tak jak niezwykłe było życie i kariera Boskiego potwora.

            Książki Galatopoulosa niestety już nie mam, nad czym ubolewam, straciłem ją, gdy powiał zły wiatr losu, jednak słowa Callas o sztuce wyryły się w mojej pamięci. Dlatego właśnie uważam, że wiele recenzji sztuki z Krystyną Jandą w roli Callas jest błędnych. Kto nie przeczytał tej książki, nie słuchał nagrań Callas, nie ma pojęcia o tym, że to, co dzieje się na scenie – jest szczerą prawdą…

            Callas – kobieta i artystka: Greczynka, zmagająca się z opiniami o swoim wyglądzie, umiejętnościach, wciąż nie dość dobra według matki, krytykowana i wielbiona, złamała swoje fundamentalne zasady tylko raz w życiu – i to w imię miłości dla mężczyzny, który ostatecznie rozczarował ją jak nikt przedtem i chyba nikt już po nim. W przedstawieniu ślad tego bolesnego wyboru między sztuką a życiem prywatnym pojawi się co najmniej dwukrotnie. Nie wszyscy go zrozumieją, a szkoda.

  1. Master Class

          Maria Callas już w połowie lat 60. musiała ograniczyć występy sceniczne z powodu problemów z głosem. Eksploatując się ponad miarę, wyczerpała możliwość bycia niezrównaną, co denerwowało ją niepomiernie. Choroba serca również nie pozostawała bez wpływu na formę wokalną. W 1971 r. i 1972 r.  jako swego rodzaju przedsmak przed kolejnym zapowiadanym powrotem na scenę, artystka zafundowała sobie i fanom specjalne kursy mistrzowskie, które prowadziła w nowojorskiej Juilliard School of Music. Choć nie szczędziła uczniom krytyki, wypowiedziała wówczas wszystko, co na temat śpiewu operowego czuła.

            Zapisy tego wydarzenia krążą do dziś w Internecie. To wielkie przeżycie, słyszeć, jak La Divina próbuje kształtować serca i umysły młodych śpiewaków. Jak sama mówiła, głos ma wielu, trzeba tylko właściwie wykorzystać go, by przekazać prawdę o emocjach, głębię doznań ludzkich - kto tego nie potrafi, nie powinien w ogóle śpiewać.

            Kursy mistrzowskie, które Maria Callas prowadzi na scenie Och-Teatru, są wydarzeniem szczególnym. Łącza w sobie te kilka prawdziwych lekcji sprzed wielu lat z historią życia Mistrzyni, o której mówi się, że była jedyna i nigdy już się taka nie narodzi.

  1. Gwiazda jest tylko jedna      

    Callas ze sceny mówi do nas, ze jest przekonana o tym, iż jest największą śpiewaczką w historii. W ustach kogokolwiek innego brzmiałoby to niedorzecznie, jednak w tym konkretnym przypadku nie brakuje podstaw, by jej uwierzyć. Znawcy opery czasem zarzucali śpiewaczce, że w najwyższych dźwiękach jej głos tracił czystość. Zgoda, czasem się to zdarzało, tylko nikt z tych złośliwych jakoś nie zauważył, że oprócz tego liczą się jeszcze emocje, które zawarte są w głosie. Callas każdym swym występem udowadniała, że nie ma sobie równych w dziedzinie interpretacji. Studiowała teksty oper, szukała kluczy do postaci, przez co potrafiła osiągnąć nie tylko znakomitość dźwięku, ale też – jeśli to nawet nie ważniejsze – perfekcję przesłania dramatycznego.

        Callas była ceniona za umiejętność tworzenia na scenie operowej wielkich kreacji dramatycznych. Pod względem umiejętności aktorskich nie narodził się dotąd nikt, kto mógłby się z nią równać. Wiedziała zatem, co mówi, gdy rugała swych uczniów za braki w przygotowaniu mentalnym do kreowania wielkich ról, nieodpowiedni wygląd, gestykulację, niezrozumienie charakteru postaci. To wszystko wcale nie jest tak oderwane od śpiewu, jak by się wydawało.

            Krystyna Janda wywołuje jako Callas uśmiech na twarzach, gdy wspomina swoje sceniczne rywalki. Jest względem nich pogardliwa, mówi, że nie sposób porównywać z nią kogokolwiek. Krytykuje Tebaldi, Sutherland i inne. Nie ma litości, podkreśla w którymś momencie, że jedna ze śpiewaczek zrobiła wszystko, na co było ją stać, by sprostać roli, na tyle, na ile mogła ze swoimi umiejętnościami…

        Nie wiem, czy te wszystkie uszczypliwości nie mają na celu podtrzymania opinii o Callas jako o osobie trudnej we współpracy. A przecież perfekcjoniści tacy już są, że nie tolerują półprawd i półśrodków. Owszem, powiedziała kiedyś mediom, podgrzewającym jej trudną podobno relację z Renata Tebaldi, że nie da się porównać szampana z Coca Colą, jednak sporo w jej opiniach racji. Takiego dramatyzmu kreowanych postaci nie umiał osiągnąć nikt.

            Niech kogoś nie dziwi to, że Gwiazda traktowała ludzi obcesowo. Nie miała czasu na głupoty. Jeśli ktoś nie był profesjonalny w tym, co robił, choćby miało to dotyczyć jedynie dostarczenia wody na sale prób, nie miała litości. Nie ona jedna. Komu jednak nie zależało nigdy, by zrobić coś pięknego a nie tylko zrealizować plan, nie zrozumie, jak takie drobiazgi wytrącają z równowagi.

            Krystyna Janda mierząc się z Callas ma zadanie niezwykle trudne. Każdy na widowni zadawać będzie sobie pytanie - ile w Callas będzie Jandy, a ile w Jandzie - Callas. I znów pamiętajmy, że jesteśmy w teatrze. Sporo tu metafor, odniesień, aluzji. Janda, podobnie jak Callas – niczego nie musi udowadniać. Może nawet, co zresztą czyni, przemycić do charakteru śpiewaczki elementy swojej fizyczności. Bo przecież widzimy je, gdy nerwowo rusza ręką, albo wypowiada to słynne „yyy”… Wiarygodność aktorki jako Callas wcale przez to nie spada. Co więcej, gdy w przejmujących monologach przyjdzie jej zmierzyć się z demonami wielkiej artystki, kiedy będzie opowiadała o tym, co przez całe życie starała się ukryć, rozumiemy, ze nikt nie pokazałby tego lepiej. Callas miała tego pecha, ze żyła w blasku fleszy, każdy jej krok był śledzony i szeroko komentowany. Nic dziwnego, że nie chciała o sobie mówić. Inna sprawa, że nie czuła się kimś istotnym, ważniejsza była sztuka, której oddała się całkowicie i w której zawarła także prawdę o samej sobie. Jeśli chcecie mnie poznać, słuchajcie moich nagrań, tam znajdziecie odpowiedź na swoje pytania – mówiła. Kto dziś w tak świadomy sposób zrezygnowałby z robienia sobie reklamy? Pewnie nikt…

  1. Jak połączyć piękną muzykę, trudny charakter primadonny i jej biografię?

            Reżyser spektaklu ma na to świetny patent. Andrzej Domalik bazując na znakomitym tekście Terrence`a McNally`ego tworzy przedstawienie, w którym nie ma chwili oddechu. Callas (Janda) od pierwszej sekundy wbija widzów w fotele.

            Kolejne lekcje, przerywane momentami przez niezbyt rozgarniętego człowieka z obsługi (nie zamierzam obrażać w ten sposób aktora Michała Zielińskiego, wręcz przeciwnie – to trzeba umieć dobrze zagrać!), są świetnym spojrzeniem na pracę śpiewaka operowego, jego pracę nad głosem, szlifowanie interpretacji postaci. Trudne relacje, w jakie wchodzą uczniowie z primadonną, wynikają z ich niezrozumienia istoty sztuki jako takiej, o co walczy Callas.

            To, co może się komuś wydawać zamierzoną przez divę złośliwością, jest jedynie przegraną walką o to, by inni czuli tak samo, jak ona…

           Charakterek Callas ujawnia się co krok, gdy awanturuje się o to, że nie dostała odpowiedniego krzesła, podnóżka, poduszki, później wody. Widzimy go, gdy krytykuje widzów za oklaski (jesteśmy w szkole, a nie na scenie!). Ujawnia się szczególnie, gdy śpiewaczka stwierdzi autorytatywnie, że nikt na widowni w zasadzie nie ma wyglądu, tak niezbędnego w operze. Uczniowie też są według niej nieprzygotowani, to, że śpiewają, jeszcze o niczym nie świadczy. Tekst trzeba rozumieć, rolę znać dokładnie, wiedzieć, dlaczego tak ważne jest wejście na scenę i jak powinno ono wyglądać…

             Jeśli tylko zechce, Callas potrafi być uprzejma. Przekonuje się o tym akompaniator, raz tępiony niemiłosiernie (gwiazda nie będzie w stanie nawet zapamiętać jego imienia), innym zaś razem dostępujący zaszczytu bycia niemal równorzędnym partnerem w sztuce.

            Uczniowie zareagują na uwagi swojej Mistrzyni rozmaicie. Ktoś ucieknie ze sceny, by wymiotować w toalecie, ktoś się rozpłacze, komuś nie zabraknie odwagi, by powiedzieć, że jej zwyczajnie nienawidzi. Reakcja Callas będzie równie wymowna!

            Nie zabrakło w spektaklu tego, co w życiu Callas najważniejsze: wspaniałej, wielkiej, dramatycznej muzyki. Arie w jej wykonaniu, zwłaszcza przy przyciemnionym świetle, przeniosą nas w Jej świat. Wzruszą, zawładną sercami,  Krystyna Janda wydatnie pomoże zrozumieć osobowość bohaterki, natomiast uczniowie – prawdziwi śpiewacy – uwrażliwią na piękno opery.

            W spektaklu poszczególne elementy zostały znakomicie rozłożone w czasie. Mamy więc lekcje, z elementami komediowymi, po których następuje występ Callas i jej nasączony czarnymi nutami monolog, a potem znów to samo. Jak w tragedii greckiej! Ale też życie Callas taką właśnie tragedią było!

  1. Janda assoluta

            Trzeba to wyraźnie powiedzieć, Krystyna Janda jest na scenie Callas bezwarunkowo. Widzimy kobietę niezłomną, jeśli chodzi o podejście do sztuki, kobietę, która tylko raz poddała się sile miłości i tę walkę z życiem przegrała. Kiedy mówi o tym, jak straciła dziecko, które w sobie nosiła, ma w sobie taką zaciętość, jaka mogłaby być udziałem tylko kogoś, kto sam taką traumę przeżył. To Onassis przekonał śpiewaczkę, by usunęła ciążę. Jaki to wywarło na nią wpływ, dowiadujemy się ze sceny. W porywającym monologu (swoją drogą, jakim trzeba być prymitywem, by stwierdzić, że dziejąca się we wnętrzu artystki rozmowa na dwa głosy z jej największą miłością, wypada śmiesznie?) Callas wykrzyczy wszystko, co ma do zarzucenia Ariemu (jak mówiła o Onassisie). Zmienia głos, by mówić, jak on, a potem będzie krzyczała, złościła się, tak, jak tylko kobieta z jej umiejętnościami dramatycznymi potrafi. I wiecie co? Sekundę później, gdy monolog się kończy, widzimy Callas znów taką, jaka jest podczas lekcji – skupioną, złośliwą, ale pozbawioną tego potwornego dramatyzmu, na który pozwoliła sobie gdzieś w duszy. Wielka rzecz.

            Siła charakteru Callas została przez Jandę dowiedziona w sposób mistrzowski. To piękne, że nie zapomni Callas przywołać imię swojej nauczycielki, Elviry de Hidalgo. Wspomni o cenie, jaką przyszło jej w życiu zapłacić za utracone dzieciństwo, wyjaśni między wierszami, jaki jest jej stosunek do życia i ludzi. Bo przecież sensem życia była jednak Sztuka…

  1. Callas, Janda i … kto jeszcze?

        O tym, że najwspanialszymi artystkami przedstawienia okazują się być Maria Callas (której cudne nagrania z „Lunatyczki” Belliniego i „Lady Macbeth” Verdiego wykorzystano) oraz Krystyna Janda, władająca sceną tak jak legendarna śpiewaczka, nie trzeba nikogo przekonywać. Ale trzeba podkreślić, że nie byłoby dobrego spektaklu bez innych artystów.

          Szczególną uwagę trzeba naturalnie zwrócić na uczniów Callas. W spektaklu, który widziałem, wzięli udział śpiewający: Marta Wągrocka, Anna Patrys i Rafał Bartmiński. Marta Wągrocka świetnie poradziła sobie nie tylko ze śpiewem, ale też z zadaniem aktorskim. Wiarygodnie ukazała złość z powodu bardzo krytycznej postawy primadonny. Szczuta przez nią niemiłosiernie, pokazuje, że ma własną wizję siebie na scenie. Brawo! Z kolei Anna Patrys - kolejna studentka - znakomicie wypada w scenach komediowych. Rugana przez Callas, stara się uczyć, jednak i ona nie daje rady. Ucieka, wraca, korzysta z sugestii słynnej śpiewaczki.  A sama śpiewa wspaniale. I jeszcze te słowa: „Wolę śpiewać tak, jak śpiewam, niż w ciągu dziesięciu lat zniszczyć sobie głos jak pani”. Mocne! Wokalnie najbliżej memu sercu do Rafała Bartmińskiego w roli Anthony`ego Candolino. Tenor śpiewa niezwykle pewnie (słynna „Tosca” Verdiego brzmi cudnie), sam ten występ przenosi nas na scenę opery!

          A jest przecież jeszcze fantastyczny Mateusz Dębski (czy przypadkiem to nie on odpowiadał za muzykę w „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” w Akademii Teatralnej?). Świetnie zagrana postać akompaniatora żydowskiego pochodzenia (Callas skwituje to zresztą dosadnie). Atencja wobec artystki, szacunek dla śpiewaków, miłość do muzyki, wszystko to zobaczymy w wykonaniu Mateusza Dębskiego. Miło się na to patrzy, gdy na scenie wszyscy wypadają tak dobrze. Także Michał Zieliński w roli fajtłapowatego pracownika technicznego jest niezły, zaburzając skupienie Callas, daje i widzom odrobinę wytchnienia.

  1. Walczmy z przekłamaniami

            Czytam opinie o przedstawieniu i nie mogę się nadziwić, jak można było monologi Callas nazwać śmiesznymi? Najważniejszy, emocjonalny punkt przedstawienia, uzasadniony biografią śpiewaczki, jej wrażliwością… Ech…

            Ktoś inny zarzuca Jandzie nadekspresję. Konia z rzędu temu, kto mi wyjaśni, czy Callas przypadkiem nie była mistrzynią ekspresyjności… Czytam, że przedstawienie ma formułę talent show. Hmm… Napisać coś takiego można tylko nie oglądając wcześniej słynnych Master Classes… Zachłysnąłem się też, gdy przesłanie Callas o posłannictwu Sztuce, której była wierna przez całe życie, nazwane zostało pretensjonalnym. Być może będę śmieszny, ale taka opinia dowodzi całkowitej ignorancji wobec postaci Callas. Nie chce mi się już nawet tego prostować.

  1. Czy świat bez sztuki się zawali?

            Callas błyskotliwie mówi w pewnym momencie, że „(...) świat się nie zawali, jeśli od jutra nie będzie przedstawień "Traviaty". Ale wierzę, że wybierając sztukę, przyczyniamy się do tego, żeby ten świat stawał się piękniejszy i lepszy. Że zostawiamy go mądrzejszym i bogatszym- dzięki sztuce".

            Primadonna wszech czasów na scenie Och-Teatru przezywa swoje prywatne wzloty i upadki. Strofy z największych arii przypominają jej zdarzenia i postaci, które dały jej niegdyś wiele radości lub boleśnie ją zraniły. Kiedy uczennica, nie dość dobrze interpretująca partię Lady Macbeth, zostaje zapytana, czy jest ktoś, dla kogo mogłaby zabić, odpowiada, że nie. Callas mówi wtedy: „I dlatego nigdy nie zaśpiewasz tego dobrze”…

            To nie jest tak, że Callas w interpretacji Jandy jest kobietą bez reszty poświęconą sztuce. Callas po prostu taka była i taką ją wszyscy kochamy. Miną wieki, parę jeszcze osób napisze, ze to takie pretensjonalne, a sława Callas nie zostanie zapomniana. Jej głos, uwieczniony w tysiącach nagrań, będzie przypominał o tym, że aby osiągnąć prawdę kreowanej postaci, trzeba bardzo uważnie wczytać się w partyturę dzieła, poznać tekst opery, co nauczy artystę, jak dodać wiarygodności postaci.

            Złamałem moje zasady po raz drugi, choć w zasadzie pierwszy w przypadku aktorów dramatycznych: gra Krystyny Jandy w tym spektaklu jest po prostu poza skalą…

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni