kup bilety online

Komunikat prasowy

LA DIVINA CALLAS I KRYSTYNA JANDA

Anna Czajkowska, www.teatrdlawas.pl

Maria Callas, czyli Maria Anna Cecilia Sofia Maria Kalogeropoulos, kobieta, której głos podziwiał cały świat, a największe operowe divy zazdrościły scenicznych triumfów. To właśnie w tę postać (już po raz drugi) wciela się Krystyna Janda. Część widzów pamięta jej mistrzowską kreację z 1997 roku w Teatrze Powszechnym, gdzie w spektaklu „Maria Callas. Lekcja śpiewu” zachwycała i wzruszała rzesze widzów. Teraz powraca do sztuki amerykańskiego dramaturga Terrence'a McNally'ego, która opowiada o Marii Callas i prowadzonych przez nią lekcjach mistrzowskich w Julliard School w Nowym Jorku. „Jestem wdzięczna widzom, że namówili mnie na ten powrót i mogę jeszcze raz spotkać się z tym tematem. Szczególnym. Na próbach odkrywam ten tekst na nowo” – podkreśla odtwórczyni głównej roli. Zarówno ona, jak i reżyser traktują bohaterkę inaczej niż przed laty. W kreacji pani Krystyny jest więcej tragizmu, psychicznej i emocjonalnej dojrzałości, zrozumienia, choć temperamentu i komicznej ironii też nie brakuje.

Maria urodziła się w Nowym Jorku 2 grudnia 1923 roku. Była córką małżeństwa greckich emigrantów: Evangeliny Dimitriadis i aptekarza George'a Kalogeropoulosa, którzy przybyli do Ameryki w 1923 roku. Ojciec po sześciu latach ciężkiej pracy założył aptekę i w tym samym czasie zmienił nazwisko rodzinne na łatwiejsze do wymówienia – Callas.

La Divina (tak ją nazywano) królowała na scenie, odnosiła sukces za sukcesem, a entuzjastyczne tłumy wielbicieli witały ją na scenie mediolańskiej La Scali, londyńskiej Covent Garden, nowojorskiej Metropolitan Opera. Jednak życie osobiste nie szczędziło jej cierpienia, zawodów i bólu. Odrzucona przez matkę, w dzieciństwie samotna, wiele lat borykała się z nadwagą, bulimią. Spektakl Andrzeja Domalika to znakomity portret artystki i kobiety. Janda pokazuje nam Callas jako perfekcjonistkę, która ani u siebie, ani też u innych nie toleruje braku poświęcenia, nieumiejętnego dążenia do doskonałości bądź niechęci do ciężkiej pracy. Callas w każdej aktywności dawała z siebie wszystko. Znała swoją wartość i miała świadomość tego, że jako artystka nie ma sobie równych. I spalała się. Oprócz niezwykłego głosu i wybitnego talentu natura obdarzyła ją gorącym temperamentem, co czyniło z niej prawdziwą lwicę sceniczną, świadomą swych walorów wokalnych i swego kunsztu aktorskiego. Przy tym wciąż uważała, że jest pełna niedociągnięć i wad. Ambitna, uparta i zdeterminowana, a w głębi serca wrażliwa i krucha – taką ją widzę na scenie Och-Teatru.

Spektakl początkowo wydaje się kolejnym wielce zabawnym popisem scenicznym Krystyny Jandy, ale kiedy przygasa światło i aktorka rozpoczyna swój monolog, publiczność zastyga, przejęta do głębi. Janda-Callas wspomina apodyktyczną matkę, która od początku stawiała przed córką niewiarygodnie trudne do spełnienia oczekiwania i zadania, krytykowała otyłość dziewczynki i brak urody… Nawet po latach, kiedy Maria zmieniła się w piękną kobietę i wybitną, uznaną na całym świecie artystkę operową, matka nie potrafiła okazać jej ani odrobiny ciepła. Oczerniała, wciąż oskarżała córkę o skąpstwo i brak zainteresowania rodzinnymi kłopotami. To boli i nigdy nie przestanie. Bohaterka wraca pamięcią do małżeństwa ze starszym o 30 lat włoskim przemysłowcem i miłośnikiem opery, Giovannim Battistą Meneghinim, mentorem i impresario w jednej osobie. Jej słowa wyrażają ból i poczucie niezrozumienia. Kolejnym mężczyzną jej życia, którego wspomina w swych monologach, jest ukochany Arystoteles Onassis. Burzliwy romans z greckim miliarderem przyniósł boskiej primadonnie wiele goryczy. Janda ze łzami w oczach wygłasza przejmujące „dialogi” – rozmowy z bezwzględnym kochankiem.

Ale nie jest to jedynie opowieść o kilku latach z życia kobiety, którą świat nazywał primadonna assoluta. W kreacji Jandy pobrzmiewa dużo osobistych refleksji – o znaczeniu sztuki w życiu artysty, o jej bezwzględności, zaborczości. O tym, jak wiele daje, ale i jak dużo odbiera. Maria Callas była rewolucjonistką w świecie opery. Zmieniła podejście do śpiewu, ukazywała głębię interpretacji, pokazała publiczności ponadczasowe piękno muzyki. Swoim studentom próbowała przekazać to, co najważniejsze – jak tchnąć w swoje postaci prawdziwe emocje. Poświęciła się sztuce, dla siebie nie pozostawiła nic. Czy tak musi być? Czy artysta, który z powodzeniem pnie się na szczyt, musi płacić tak wysoką cenę? Te i inne refleksje nie dają mi spokoju, gdy opuszczam widownię Och-Teatru. A to jeszcze nie wszystko. Spektakl „Maria Callas. Master Class” zadowoli również wielbicieli opery, gdyż oprócz boskiej Jandy, jej komizmu i specyficznej ironii, na scenie pojawiają się znakomici śpiewacy operowi, czyli studenci podczas lekcji śpiewu. Zachwycają publiczność swymi wykonaniami operowych perełek. Sopranistka Agnieszka Adamczak i jej „Ah, non credea mirarti” z „Lunatyczki” Belliniego wgniatają w fotel. Podobnie „Vieni t’affretta” z „Macbetha” Verdiego w interpretacji Jolanty Wagner. Kolejny „student”, tenor Tadeusz Szlenkier przepięknie zaśpiewał arię Maria „Recondita armonia” z „Toski” Giacomo Pucciniego, dlatego nie dziwią burzliwe oklaski, którymi go nagrodzono. I jeszcze wielkie brawa dla pianisty i aktora – Mateusza Dębskiego, dyskretnego akompaniatora podczas lekcji wielkiej Callas.

Zachwycona i oczarowana dodam tylko – pani Krystyno, chapeau bas!

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni