kup bilety online

Prasa o nas

Teatr stał się moim domem

Przegląd

Żyję w cieniu swoich rodziców, ale nie mam już z tym problemu.
Z Marią Seweryn rozmawia Jacek Nizinkiewicz.


– Rodzina Seweryn i Janda dokonują monopolizacji warszawskiej sceny teatralnej?

– Nie, w Warszawie jest przecież wiele teatrów, zespołów, scen. Myślę, że wszyscy się pomieszczą, a poza tym wszelki monopol w sztuce jest śmiercią i nudą. Mój ojciec być może zostanie dyrektorem Teatru Polskiego, teatru państwowego, ja jestem członkiem Zarządu Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury, prowadzącej w Warszawie dwa teatry, Teatr Polonia i Och-teatr. To są dwie zupełnie inne struktury, działające na innych zasadach, rządzące się innymi prawami. Niewątpliwie jednak połączyła nas wspólna pasja i praca nad „Dowodem”, spektaklem Teatru Polonia, w reżyserii mojego taty i z jego udziałem. Zresztą „Dowód” to jedno z moich ukochanych przedstawień.

– Nie było planów, żeby kontynuować współpracę Andrzeja Seweryna z Teatrem Polonia?

– Bardzo chcieliśmy robić kolejne wspólne przedstawienia, ale z racji tego, że mój ojciec, jak już wspomniałam, być może obejmie dyrekcję Teatru Polskiego, wszelkie wspólne plany odsunęliśmy na razie na bok. Mój ojciec przygotowywał plany związane z Teatrem Polskim od dwóch lat, zamierzał się temu całkowicie poświęcić, nie miałby czasu na inne przedsięwzięcia, w każdym razie nie na pierwszym etapie pracy w Polskim.

– A czy jakieś wspólne inicjatywy Teatru Polskiego z Teatrem Polonia czy Och-teatrem są możliwe?

– Nic mi nie wiadomo na ten temat.

– A ty chciałabyś wystąpić w teatrze, któremu będzie przewodził Andrzej Seweryn, czy ograniczasz się do pracy w Teatrze Polonia i Och-teatrze?

– Występuję na deskach kilku teatrów i nadal jestem wolnym strzelcem. Występuję w Teatrze Na Woli, w Teatrze Komedia w Warszawie i jak najbardziej jestem otwarta na współpracę z innymi scenami. Jedynym problemem jest tylko czas i moje ciągłe zaangażowanie w Och-teatr i Teatr Polonia.

Stwardniał mi charakter

– Trudny rok za tobą, ale z tego, co wiem, kolejny niełatwy przed tobą. Och-teatr ledwo udało się otworzyć z małym poślizgiem i o mały włos nie został zamknięty. Piętrzą się trudności?

– Kiedy latem ub. roku wchodziliśmy do budynku, aby zacząć prace adaptacyjne i przekształcić kino Ochota w Och-teatr, nie mieliśmy świadomości, że budynek jest w aż tak złym stanie. Byliśmy przekonani, że w październiku uda nam się świętować czwarte urodziny Teatru Polonia już w Och-teatrze. Ale okazało się to absolutnie niemożliwe. Otworzyliśmy Och-teatr w styczniu 2010 r., nie realizując wszystkich planów remontowych.

– Pracowałaś z ekipą remontową?

– Tak, spędziłam w Och-teatrze sześć miesięcy z 40-osobową ekipą robotników i właściwie nie wychodziłam stamtąd.

– Stałaś się robotnikiem fizycznym, paliłaś mocne i fajranty?

– Na pewno nie pracowałam tak ciężko fizycznie jak oni, ale niestety paliliśmy tyle samo papierosów, siedzieliśmy razem w pyle, piliśmy herbatę w plastikowych kubkach. Wspominam tamten czas z ogromnym sentymentem, mimo że nie było lekko. Każdy etap w życiu jest po coś i na przykład o dwóch szefach ekip, którzy tutaj pracowali dzień w dzień, dzisiaj mogę powiedzieć, że są moimi przyjaciółmi, a nawet w pewnym sensie wzorami. Przy tych ludziach stwardniał mi charakter.

– Z delikatnej kobiety stałaś się twardą babą?

– Myślę, że bardzo dobrze mi to zrobiło, że jestem spokojniejsza i pewniejsza niż byłam wcześniej.

– Och-teatr ruszył 16 stycznia „Wassą Żeleznową” według Gorkiego, ale w wakacje znowu musiałaś zamknąć teatr. Co się stało?

– Teatr od stycznia miał funkcjonować bez przerwy. Jedynie w sierpniu planowaliśmy dwutygodniową przerwę, konieczną z powodu podłączenia się do SPEC. Potem okazało się, że nie stać nas w ogóle na wakacje, ale umowa była podpisana. Poza tym, żeby przetrwać kolejną zimę i stworzyć widzom komfort oglądania następnych spektakli w cieple, wybudowanie węzła cieplnego było konieczne. Mieliśmy także robić wentylację, ale na to nie mieliśmy już ani czasu, ani pieniędzy. W rezultacie przerwa trwała trzy tygodnie i od dwóch tygodni gramy na nowo pełną parą. Przed nami za chwilę kolejna premiera.

– Teatr ruszył na pełnych obrotach i jak dzisiaj sobie radzi? Na kulturalnej mapie Polski to już jest ważne miejsce.

– Bardzo się cieszę, że Och-teatr zaistniał, także medialnie. Do Och-teatru przychodzą już nie tylko widzowie Teatru Polonia, ale powoli zaprzyjaźnia się z nim nowa publiczność, taka, która polubiła właśnie to miejsce. Jestem z tego bardzo dumna, ale jeszcze ogrom pracy przed nami. Wielkim wyzwaniem jest sala, jej układ i liczba miejsc. Zapełnić tę widownię to nie jest takie proste.

– Ale sala już się zapełnia?

– Coraz częściej, zdarzają nam się nawet nadkomplety. Przez te pół roku dużo przeżyliśmy. Otworzyliśmy wspaniale, „Wassą Żeleznową”, która, mimo naszych obaw, okazała się dużym sukcesem frekwencyjnym. I jest znakomicie odbierana przez publiczność. Ale do dziś daliśmy jeszcze cztery premiery, bardzo różnorodne. Każda ma swoją widownię. „Wassa” to był ambitny początek.

– Bo sztuka nie jest łatwa.

– To prawda, dlatego radość jest tym większa.

Żałoba narodowa

– Ale Och-teatr ma nie być miejscem, w którym będą wystawiane tylko tak poważne sztuki?

– Nie, następną premierą po „Wassie” było muzyczne „Zielone zoo” Leszka Bzdyla, spektakl dla dzieci. Niesamowicie jest patrzeć, jak 450 miejsc zapełnia się małymi widzami. Kolejną ważną i bardzo szczęśliwą decyzją było nawiązanie stałej współpracy z Teatrem Montownia. Po „Bogu” Woody’ego Allena w Polonii, w którym oni grają, bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Mam wrażenie że mówimy podobnym językiem, podobnie myślimy i szalejemy. Wszystko to zaowocowało w marcu premierą „Kubusia Fatalisty i jego pana”.

– Aż tu nagle... przyszło nieszczęście.

– Przyszedł „czarny kwiecień”. Do tego momentu wszystko układało się idealnie. Mieliśmy wspaniałe plany, terminy realizacji, zaangażowanych aktorów, reżyserów itd.

– Chcesz powiedzieć, że 10 kwietnia 2010 r. i ogłoszona później żałoba narodowa o mały włos nie zagroziły likwidacją Och-teatru?

– W związku z żałobą narodową odwołaliśmy 25 spektakli. Nie graliśmy ponad tydzień. W tych okolicznościach widzowie stracili też na chwilę ochotę na teatr. Przez dłuższy czas po katastrofie nie wypadało i nie można było mówić w mediach o teatrze, o rozrywce. Remont Och-teatru całkowicie wyczerpał nasze zapasy finansowe, nie mieliśmy w związku z tym zabezpieczenia na czarną godzinę. Zorientowaliśmy się, że jeżeli nie wróci publiczność i nie będziemy pracować dalej w tym rytmie, być może nie przetrwamy lata. Koszty utrzymania tego budynku, koszty stałe są tak duże, że po trzech, czterech miesiącach takiej sytuacji groziła nam rezygnacja. Proszę też mnie dobrze zrozumieć, jak większość ludzi byliśmy wstrząśnięci tragedią. W ogóle to był trudny moment.

– Powiedz, jak byś zareagowała, gdyby żałoba w kraju znowu została ogłoszona?

– Gdyby teraz została wprowadzona żałoba narodowa, osobiście wahałabym się, czy całkowicie zamknąć teatr na tak długo. Można by zmienić repertuar na tytuły „poważne”, a mamy takie w repertuarze. Zresztą decyzja o żałobie narodowej była decyzją podjętą na szczeblu państwowym i nie ma co z tym dyskutować.

– Zdradź, jaki cud uratował Och-teatr?

– Cudem, który uratował Och-teatr, była przede wszystkim nasza determinacja. Natychmiast przystąpiliśmy do realizacji dwóch nowych produkcji. Pierwszą z nich była „Biała bluzka” Agnieszki Osieckiej i prawie jednocześnie „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę?”. W tym samym czasie rozpoczęły się także pierwsze ustalenia i początek prób do wrześniowej premiery Albee’go „Koza, albo kim jest Sylwia?” w reżyserii Kasi Adamik i Olgi Chajdas. To wielka odwaga, że w tej sytuacji postanowiliśmy realizować nasze poprzednie plany repertuarowe, bo Albee to nie jest łatwy autor. Jego tekst jest prowokacyjny, to wyzwanie artystyczne, a sam temat tej sztuki jest kontrowersyjny. Na pewno nie będzie to przedsięwzięcie komercyjne. Poza tym ogromną pomocą okazali się sponsorzy, którzy pomogli nam w tym najtrudniejszym momencie, i bardzo jesteśmy im za to wdzięczni.

Teatr to dziecko, które wymaga ciągłej opieki

– Po 24 latach mama ponownie wystąpiła w „Białej bluzce” właśnie na deskach twojego teatru.

– Naszego teatru. To nie jest mój teatr.

– W świadomości ludzkiej Och-teatr funkcjonuje jako teatr Marii Seweryn.

– Po pierwsze, to jest teatr Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury, której prezesem jest Krystyna Janda, a ja jestem członkiem zarządu. Bardzo się bronię przed opinią, że Och-tatr jest mój. Przez pięć lat pracy w Teatrze Polonia bardzo dużo się nauczyłam. Pracowałam w kasie, pracowałam w biurze, rozliczałam zaiksy, robiłam listę obecności. Uczyłam się teatru także z tej strony.

– Byłaś kasjerką?

– Tak, w Polonii mieliśmy też zawsze dużo problemów i były momenty, że musiałam pracować także w kasie. Zresztą bardzo to lubiłam. Wiele mnie to nauczyło. Tak bezpośredni kontakt z widzem uświadamia, jak ludzie myślą, co im przeszkadza, a co się podoba. To była świetna nauka. Zrozumiałam też już w Polonii, że teatr to nie tylko scena, to mnóstwo prozaicznych spraw, od papieru toaletowego przez technikę, administrację aż po najważniejsze sprawy artystyczne. Z jakością spektakli na czele.

– Nie można, kierując teatrem, przyjść, o której się chce, wyjść o dowolnej godzinie, a w międzyczasie skoczyć na zakupy, załatwić swoje sprawy, spotkać się z rodziną i przyjaciółmi?

– Nie. Nie wiem, może tak można, ale ja tak nie potrafię. Spędzam w teatrze każdą chwilę. Teatr stał się moim domem. Och-teatr nie ma przecież roku, to jeszcze dziecko, które wymaga ciągłej opieki.

– „Biała bluzka” okazała się wielkim sukcesem, który uratował teatr?

– O tak. Premiera „Białej bluzki” to był moment przełomowy w kryzysie. To dało nam też nadzieję i siłę w pracy nad „Zaświatami”.

– „Zaświaty” to twój debiut reżyserski. Dorosłaś do reżyserii?

– Nie wiem, mam nadzieję. Najlepiej byłoby zobaczyć spektakl i to ocenić. Wcześniej często, kiedy pracowałam nad innymi spektaklami, słyszałam od aktorów, kolegów, że powinnam coś wyreżyserować, bo mam dobry ogląd całości i daję ciekawe uwagi reżyserskie. Nie miałam jednak odwagi, bo traktuję reżyserię bardzo poważnie. Trzeba mieć absolutne przekonanie, że to, co opowiadamy, myśl, którą chcemy przekazać, są warte uwagi widzów.

– Jak doszło do tego, że zdecydowałaś się na reżyserowanie?

– Tak naprawdę był to przypadek. Z powodu wielu zawirowań musieliśmy zrezygnować z jednej z planowanych przed wakacjami produkcji. Trzy świetne aktorki, zaangażowane wcześniej do tego odwołanego tytułu, miały dla nas zarezerwowany czas, a my gwałtownie potrzebowaliśmy nowej premiery. Między innymi z powodu naszego kryzysu. I wtedy postanowiliśmy realizować tekst Jerzego Andrzeja Masłowskiego w tej obsadzie. Mama zaproponowała mi reżyserię. Skok na głęboką wodę. Dała mi tylko dzień do namysłu.

– Jak publiczność zareagowała na twój debiut?

– Podobno dobrze. Ja sama przeżyłam to bardzo mocno. Tuż po premierze wyjechałam na wakacje. Z nerwów ledwo pamiętam premierę, ten wieczór, ale w głowie przez całe wakacje słyszałam entuzjastyczne przyjęcie publiczności i widziałam zadowolenie aktorów. Chyba było dobrze – mówili. Byłam morderczo zmęczona tym rokiem i musiałam odpocząć. Zabrałam dzieci i uciekłyśmy. Recenzje były różne, ale dziś spektakl jest grany przy pełnej widowni, z powodzeniem.

– W drodze na wakacje kupiłaś „Nasz Dziennik”?

– No cóż, to cię dopadnie wszędzie. Nie musisz tego kupować.

– Medium o. Rydzyka nie było zachwycone twoim debiutem?

– Przede wszystkim niestety o. Rydzyka nie było w teatrze. Ale faktem jest, że recenzja w tej gazecie nie była entuzjastyczna. Chodziło na przykład o scenę, w której trzy główne bohaterki giną w wypadku i trafiają przed sąd ostateczny: – Co ty tam masz? – Krzyżyk. Krzyżyk ze złota, a Chrystus z platyny. – Ale weźmiesz go do nieba? Przecież będziesz go miała tam na żywo. Tego typu żarty, które uważam za niewinne, nie spodobały się „Naszemu Dziennikowi”.

– Och-teatr ma być też sceną muzyczną.

– To prawda. Na naszej scenie wystąpili już Kasia Nosowska, Fisz i Emade, Marysia Peszek, Urszula Dudziak, Grażyna Łobaszewska, Anna Prucnal, Sława Przybylska i Lora Szafran. Jesienią ruszyła kolejna muzyczna ofensywa. Artyści chcą u nas koncertować, a nawet nagrywać płyty. We wrześniu Kult w Och-teatrze nagrał płytę „MTV Unplugged”. Justyna Steczkowska wraca z „Alkimją”, Janusz Radek zrobi u nas premierę swojej nowej płyty. Później będzie męski set, czyli wystąpią Soyka, Waglewscy z „Męską muzyką”, Maciej Maleńczuk, a także odbędzie się premiera nowej płyty Marka Dyjaka. Uwielbiam takie tematyczne sety. Bardzo się na nie cieszę. Będzie jeszcze Hey i kilku innych artystów.

– Dla kogo ma być Och-teatr?

– Dla wszystkich. Nie chcemy adresować się do wąskiej, określonej grupy odbiorców. Zależy nam na tym, żeby każdy znalazł tu dla siebie miejsce. Ale pracujemy nad tym, żeby Och-teatr był jednak trochę innym miejscem niż Teatr Polonia. Dużo bardziej otwartym, wchodzącym w interakcję z widzami. Planujemy tu repertuar głównie współczesny, z odważnym przesłaniem. Pielęgnujemy wszystkie sprawy muzyczne na tej scenie. Otworzyliśmy też warsztaty tematyczne, mające na celu nie tylko naukę, ale także wypracowanie prawdziwej potrzeby sztuki. Warsztaty w każdą niedzielę o 12.00, dla wszystkich, bez ograniczenia wieku, z wolnym wstępem. Świetni prowadzący, zaproszeni goście, atrakcyjne tematy wykładów.

– Gdy mówisz o teatrze, jesteś bardzo podekscytowana.

– Bo teatr stał się sensem mojego życia. Do tego stopnia, że niespecjalnie lubię nawet stąd wychodzić. Rano wstaję z łóżka pełna pomysłów. Nie odczuwam tego jako pracy, tym bardziej – obciążenia, robię to, co kocham, mając jednocześnie świadomość, że ma to sens i znaczenie dla innych.

Musiałam dojrzeć do grania ze swoimi rodzicami

– Marzy ci się wywiad, w którym nie padnie pytanie o twoich rodziców – Krystynę Jandę i Andrzeja Seweryna?

– Nie mam już złudzeń. Tym bardziej że związałam z nimi swoje życie zawodowe.

– Twój ojciec jest wielkim profesjonalistą. Co ty z niego przejęłaś? Jesteś profesjonalistką?

– Przy pracy nad spektaklem „Dowód” w Teatrze Polonia spędziliśmy ze sobą więcej czasu niż kiedykolwiek dotąd. Każdy aktor ma swojego reżysera. Mój ojciec jest moim reżyserem. Praca z nim bardzo mnie otworzyła i bardzo dużo się dowiedziałam, również o sobie, mimo że obawiałam się tej współpracy, znając jego zasadniczość i bezkompromisowość. Okazało się jednak, że praca z ojcem była jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu.

– Czujesz, że żyjesz w cieniu swoich rodziców?

– W pewnym sensie tak, ale już nie mam z tym problemu. To tak jak z odpowiedzią na twoje wcześniejsze pytanie. Kiedyś miałam z tym problem, bo jak każdy młody człowiek chciałam być w pełni niezależna. Buntowałam się. Moim buntem była praca w teatrze niezależnym, z dala od rodziców, czasem w innym mieście. Musiałam się odnaleźć i samookreślić. Gdy poczułam, że to osiągnęłam, że nabrałam pewności i wiary w siebie, mogłam stanąć z nimi na jednych deskach. Musiałam dojrzeć do grania ze swoimi rodzicami. Dziś uważam, że jestem doświadczoną aktorką, z własną stylistyką i osobowością.

– Jesteś skazana na teatr? Jesteś skazana na aktorstwo?

– Nie, miałam wiele momentów, w których chciałam zrezygnować z aktorstwa.

– Mam wrażenie, że w „Kolejności uczuć” nie grałaś, tylko byłaś sobą.

– Bo nic wtedy nie mogłam zagrać. Byłam przed maturą. Nic jeszcze nie umiałam, nie miałam żadnego doświadczenia. Nie ma o czym mówić. Zresztą w pewnym sensie to przypadek zdecydował o tym, że zostałam aktorką.

– Trudno uwierzyć w przypadek u córki Andrzeja Seweryna i Krystyna Jandy.

– Ale naprawdę to był przypadek. Sławek Piwowarski zadzwonił do Edwarda Kłosińskiego z propozycją zrealizowania zdjęć do tego filmu, a ja odebrałam telefon. Piwowarski pamiętał mnie jeszcze z czasów filmu „Kochankowie mojej mamy”, w którym grała moja mama i wtedy widywał nas razem. Byłam małą dziewczynką. Przez telefon zapytał: „Ile masz teraz lat? Nie masz przypadkiem 16-17 lat?”. Odpowiedziałam, że mam właśnie tyle, i zaprosił mnie na próbne zdjęcia.

– Wyglądałaś w tym filmie jak małe przestraszone kurczę.

– Bo tak było. Piwowarski powiedział, że zobaczył we mnie chłopca ze ślicznym kobiecym uśmiechem. Namówił mnie na zdjęcia próbne i wygrałam. Ale i tak miałam wątpliwości i wahałam się, czy grać, czy nie.

– Jak bardzo zmieniła się Marysia Seweryn od czasu „Kolejności uczuć”?

– Przede wszystkim dziś jestem zawodową aktorką. W tej chwili mogę zagrać wszystko, co wymyślę albo o co mnie prosi reżyser. Jestem świadoma swoich warunków i możliwości aktorskich, wiem, na co mnie stać.

– A co z filmem? Wybrałaś teatr?

– Chciałabym grać więcej w filmach, ale ten świat jest mi odległy. Rzadko mnie zaprasza. A z drugiej strony ostatnio nie tak łatwo o naprawdę dobrą propozycję. Ale zdarzają się wyjątki, ostatnio rola w filmie „Koniec świata” Natalii Kostenko, świetny scenariusz filmu dyplomowego, taki, w którym warto zagrać, za wszelką cenę.

– Coraz więcej aktorów otwiera swoje teatry. Konkurencja na rynku jest duża.

– To naturalne. Tak jest na całym świecie, a od kiedy w Polsce pojawiła się taka możliwość, ludzie tworzą teatry, galerie, gazety, stowarzyszenia, robią niezależne filmy itd. Bardzo mnie cieszy, że teatr stał się tematem gorącym. Ale przeżywa też moim zdaniem świetny czas. Ludzie chodzą do teatru, jest im potrzebny i coraz bardziej interesują się tym, co i gdzie jest grane. Stworzył się pozytywny snobizm, a im więcej propozycji, im bardziej różnorodna oferta, tym lepiej. To świetnie, że można pójść do Teatru Polonia na „Pana Jowialskiego” i jednocześnie na „Miss HIV” czy „Ucho, gardło, nóż” do Och-teatru.

Lubię silnych mężczyzn

– Życie zawodowe nie zdominowało twojego życia prywatnego?

– Zdominowało, i to bardzo. To jest jeden z moich większych kłopotów w tej chwili, ale są różne etapy w życiu.

– Praca zniszczyła twoje małżeństwo?

– Nie łączyłabym rozpadu mojego małżeństwa z pracą. Zdarza się, że ludzie oddalają się od siebie. Ale nie chciałabym rozmawiać o moim życiu osobistym. Znam rozwodzące się małżeństwa bezrobotnych.

– Nie jesteś feministką?

– Bardzo lubię mężczyzn. Lubię pracować z nimi, rozmawiać, lubię ich jako partnerów, w każdym przedsięwzięciu W życiu prywatnym lubię mężczyzn silnych, imponujących mi i potrafiących wziąć sprawy w swoje ręce. Czasami brakuje mi tego, że nie mam się na kim oprzeć. Ale pogodziłam się też z myślą, że taki mężczyzna może się już w moim życiu nie pojawić.

– Mówiłaś kiedyś, że ciebie rodzice wychowali przez telefon. Jaką cenę trzeba zapłacić za sukces, spełnienie marzeń i niezależność?

– Kobiety twierdzą, że są w stanie spełniać się zawodowo i przy tym być świetnymi matkami. To trudne. Moim zdaniem nie jest to do końca możliwe. W tej chwili moja praca zdominowała wszystko. Dzieciom co prawda niczego nie brakuje, bo jestem świrem organizacji i staram się wychodzić naprzeciw ich potrzebom, a nawet je uprzedzać, ale wciąż...

– A matkę mają?

– Proszę się nie martwić. Mają. Życie składa się z wyborów. W pewnym momencie pomyślałam tak: „Albo robię teatr i jestem spełniona i szczęśliwa, ale mniej się widzę ze swoimi dziećmi, jestem z nimi, a one wychowują się przy osobie szczęśliwej i zadowolonej, albo nie robię teatru i poświęcam się mojej rodzinie i dzieciom, i nie wiem, czy jestem wtedy w pełni szczęśliwa. A więc pytanie: czy wychowywanie dzieci to bycie z nimi non-stop, czy raczej – bycie przy nich i życie z nimi spełnionym życiem?

– Jaką matką jesteś?

– Szczerą. Nie kłamię, nie udaję. Jeśli coś mnie boli, mówię, że boli, a kiedy jest mi dobrze, mówię, że jest mi dobrze. Jeśli mi się coś nie podoba, to o tym mówię.

– Chciałabyś, żeby dzieci poszły śladami twoimi i twoich rodziców?

– Niech urządzą swoje życie, jak chcą. Byle tylko były szczęśliwe.

– Jesteś szczęśliwa?

– Zdarza mi się.

– A tak 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu masz poczucie, że jesteś szczęśliwa?

– Szczęście to suma szczęśliwych chwil. Miewam takie chwile.

Maria Seweryn (ur. 23 marca 1975 r. w Warszawie) – aktorka teatralna i filmowa, członek Zarządu Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury. Jako aktorka zadebiutowała w wieku czterech lat w filmie „Dyrygent”. Ukończyła warszawską Akademię Teatralną. Jako siedemnastolatka zadebiutowała w filmie Radosława Piwowarskiego „Kolejność uczuć”. Za rolę w następnym filmie „Matka swojej matki” Roberta Glińskiego, w którym wystąpiła u boku Krystyny Jandy, otrzymała Nagrodę dla Nadziei Polskiego Kina na Festiwalu Filmowym w Gdyni w 1996 r. Grała w „Hamlecie” Krzysztofa Warlikowskiego w Teatrze Rozmaitości. Występowała także w Teatrze Na Woli, Teatrze Komedia, Teatrze Współczesnym w Szczecinie, Teatrze im. Wandy Siemaszkowej, w Teatrze Miejskim w Gdyni, na scenie offowej klubu Le Madame, w Teatrze Polonia i Och-teatrze. Wystąpiła m.in. w takich spektaklach teatralnych jak: „Miss HIV”, „Trzy siostry”, „Król Lear”, „Shopping and Fucking”, „Ogień w głowie”, „Darkroom”, „Polaroidy”, „Lament na Placu Konstytucji”, „Bóg”, „Dowód” oraz w spektaklach Teatru TVP: „Dziady”, „Wniebowstąpienie”, „Gorący oddech pustyni”, „Klub kawalerów”, „Zazdrość”, „Gra miłości i przypadku”, „Tartuffe czyli obłudnik”, „Martwa królewna”, „Przypadek Klary”, „Fotoplastikon”. Zagrała m.in. w filmach: „Kolejność uczuć”, „Wielki tydzień”, „Pół serio”, „Wiedźmy”, „0-1-0”, „Boisko bezdomnych”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, „Ogrodzenie”. Zadebiutowała reżysersko spektaklem „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę?” w Och-teatrze . Córka aktorów Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. Matka dwóch córek: Leny i Jadwigi.

Premiera w Och-Teatrze

19 września na deskach Och-teatru odbyła się premiera sztuki Edwarda Albeego „Koza, albo kim jest Sylwia?” w reżyserii Kasi Adamik i Olgi Chajdas. Sztuka Albeego to komedia, ale zadaje poważne pytania o granice naszej moralności. W obsadzie: Maria Seweryn, Radosław Jamroż, Piotr Machalica, Bartłomiej Topa.

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Partner
Och-Teatru

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni